Tadeusz Gajewski
  Spacer po Krośnie - in vino veritas
 

 
Spacer po Krośnie
„In vino Veritas”

Westchnienie

Opętany pajęczyną samotności
Wpatruję się myślami
W hipnotyczną mozaikę
Granitowych kostek
Z otchłani czasu
Dobiega stukot
Portiusowych wozów
Niosących zapach
Zempleńskiego słońca
Pieszczącego poranną rosę
Tokajskich winnic
Przez parawan zmysłów
Przebija się delikatnie
Dźwięk cytry
Trącanej namiętnie
Ręką pięknej Zuzanny
Otulony westchnieniem
Balinta Balassiego
Otwieram oczy
To tylko deszcz
Stuka sennie
O krośnieński bruk


Sierpniowy poranek, promienie rannego słońca leniwie liżą granitowe kostki krośnieńskiego bruku. Jeszcze pusto w rynku, tylko gołębie nerwowo szukają jakichś okruchów. W sam raz pora na spacer. Na witrynie księgarni i antykwariatu pana Oprządka przy ulicy Roberta Wojciecha Portiusa przyciąga wzrok reprint „Opisu Powiatu Krośnieńskiego”, księdza Władysława Sarny, obok „Filozofia Wina”


Wino, najstarszy napój świata dany ludziom przez bogów, celebrowany w praktycznie każdej znanej nam starej religii. To Dionizos i Ozyrys w swojej boskiej łaskawości nauczyli pokolenia ludzkie wytwarzać ten tajemniczy napój. Cham, wyśmiawszy osłabionego nadmiernym spożyciem wina Noego, na tysiąclecia stał się symbolem niskiego stanu, prostactwa i pogardy. Ewangelie w swoich przypowieściach Królestwo Boże nazywają „winnicą pańską”. Cud w Kanie Galilejskie a następnie Ostatnia Wieczerza, podczas której Jezus stwierdza, iż to jego ostatni kielich na ziemi, następny zaś wypije w domu Ojca. Wino nazywa swoją krwią i nakazuje pić na swoją pamiątkę. To wyniesienie płynu powstałego z owocu winnej latorośli oraz pracy
rąk ludzkich do rangi napoju świętego.



Podejdźmy dalej. Dziedziniec kościoła farnego, z prawej strony obszerna plebania przylegająca do dzwonnicy a na wprost wejście do Bazyliki Mniejszej. Pierwszy kościół w tym miejscu zbudował Kazimierz Wielki, jednak pozostały po nim jedynie fragmenty murów. Na tych reliktach wzniesiono w piętnastym wieku okazałą gotycką świątynię. Jak to w owych czasach bywało, Święty Florian nie strzegł należycie przed ogniem, albo też mieszczanie nie dość ostrożnie się z tym żywiołem obchodzili, przeto fara pierwszy raz zgorzała prawdopodobnie w Roku Pańskim 1427 a następnie w 1457. Dzięki wielkiej ofiarności pobożnych mieszczan oraz licznym odpustom sprzyjającym zbieraniu jałmużny, świątynia dźwigała się z ruin. Wiek szesnasty to czas rozwoju i bogacenia, wtedy też fara rozkwitła do rangi drugiego kościoła diecezji. Inwentarze parafialne wyliczały nieprzebrane bogactwa w jakie wyposażona była świątynia.
 Niestety nastał sądny dzień. Jedenastego dnia, miesiąca Września Roku Pańskiego 1638, święty Florian przysnął chyba na niebieskich pastwiskach upojony tokajskim nektarem i Królewskie Wolne Miasto Krosno a wraz z nim również i farę strawił ogień. Sięgnęli tedy mieszczanie zacni jak i wielmożni ziemianie do trzosów i na chwałę pańską z ruin kościół podnieśli. Nawę główną urządzono nową modą na styl renesansowy. Dano nowe organy, dzięki hojności rezydentki odrzykońskiej warowni, Jaśnie Wielmożnej Pani Zofii Skotnickiej z Borku. Wielki majątek na odbudowę przeznaczył kupiec krośnieński, Jego Królewskiej Mości Faktor i Serwitor – Robert Gilbert Porteous de Lanxet, znany potomnym jako Robert Wojciech Portius. U mistrzów snycerskich zamówiono piętnaście ołtarzy. Od zachodniej strony wznosiła się wieża wysoka, z zegarem, w mury obronne wkomponowana, na której strażnik grodzki postrzeganie na okolicę jak i na domostwa mieszczan miał. Po wschodniej stronie zaś pomieszkania dla księży mansjonarzy i dzwonnica, dziś stanowiąca swoisty symbol miasta. Skarbiec świątynny wielkie ilości złotych i srebrnych naczyń oraz innych sprzętów drogocennych mieścił. Osiemnaście ołtarzy zacnej artystycznej roboty, bogato złoconych, wnętrzu świątyni splendoru dawało, obrazów przez najprzedniejszych mistrzów malowanych wielkie mnóstwo ściany farne zapełniało.


Nad wejściem do wtulonej w gotyckie mury renesansowej kaplicy św. Piotra i Pawła widnieje kartusz zawierający trzy gwiazdy, miecz, łokieć kupiecki oraz księgę. Jest to gmerk sławetnego Szkota, fundatora kaplicy jak i całego wystroju kościoła. Tam pod kamienną posadzką, od swojej śmierci w Roku Pańskim 1661 spoczywa najznamienitszy obywatel królewskiego grodu, największy dostawca win na dwory królewskie i magnackie, komendant obrony miasta w czasie „Potopu szwedzkiego”, wielki dobrodziej i filantrop, Robert Portius. Wewnątrz kaplicy oddzielonej od nawy kościelnej kutą kratą zdobną w liście winnej latorośli portrety rodziny oraz samego fundatora. Pod jednym z nich, przedstawiającym dumnego męża odzianego w czarny kontusz z rapierem w dłoni, łacińska inskrypcja. Przetłumaczywszy na język polski czytamy: „Szlachetny Robert de Lanxet Porcyusz, Szkot, J.K.M Sługa, kaplicy św. Piotra i Pawła Apostołów i św. Wojciecha fundator, który kościół parafialny krośnieński zupełnie ozdobił, pomnożył i zrestaurował, zmarł w 60 r. życia R.P. 1661.


Półmrok kaplicy, swoista gra światła przenikającego z zewnątrz, sprawiają nastrój niesamowicie mistyczny. Wzrok patrycjusza spoglądającego z obrazu jest przenikliwy, przeszywający duszę na wskroś. Pozazmysłowo czuję że J.K.M Faktor zwraca się do mnie w te słowa:
„Waszmość sobie tutaj spacery sprawujesz! W zmurszałych kamieniach śladów dawnej potęgi królewskiego grodu jak i całej Rzeczypospolitej szukasz. To nie wiesz acan, że póki władający krajem monarchowie królewskim tokajem toasty wznosząc, Bogu za pomyślność dziękowali, gwiazda Rzeczypospolitej jaśniała na tle narodów Europy, a Królewskie Wolne Miasto Krosno bogactwem swoim kłuło oczy przyjezdnych? Toż Sasowie gnuśni obyczaj stary precz odrzuciwszy, francuskie berbeluchy na stoły pańskie sprowadziwszy, w rozpuście kraj utopili i do upadku przywiedli. Jak może lud być silnym i zamożnym, skoro chmielowe paskudztwo litrami w siebie wlewa, albo ledwie sfermentowany moszcz winem śmie nazywać. Czyż godzien jest wielkości naród, który obyczaj stary precz odegnawszy, barbarzyńskie napitki w gardła wlewa? Nie masz wina nad węgrzyna!”

Nie sposób na prostych nogach znieść tych połajanek, uciekam od tego wzroku na światło dzienne. Teraz rozumiem ten obłęd w oczach prezesa Stowarzyszenia Portius, Zbigniewa Ungeheuera, gdy przed laty na polowaniu w podkrośnieńskich lasach opowiadał o karpackim szlaku wina, tysiącach wozów z beczkami węgierskiego złocistego trunku, oznaczonych gmerkami krośnieńskich kupców, przemierzających Polskę i Europę. Wszak w latach sześćdziesiątych był ministrantem w kościele farnym i jak głosi powtarzana przez krośnian legenda, właśnie w kaplicy św. Piotra i Pawła został opętany przez ducha Roberta Portiusa. Jako, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, młody krośnieński architekt, Paweł Ungeheuer – syn prezesa, zamiast spędzać dnie nad kreślarską deska i projektować mieszczańskie gmachy, wyszukuje w madziarskich winnicach co szlachetniejsze trunki i wzorem Portiusa sprowadza do Polski. Co gorsza obłęd ten przechodzi na inne osoby często w towarzystwie czcigodnego prezesa przebywające, jak choćby rzeźbiarza Macieja Syrka, kustosza kamienieckiej warowni Andrzeja Kołdera. No cóż, opętanie dosięgło również i moją skromną osobę, przeto od ośmiu już lat wspólnie z wyżej wymienionymi organizujemy corocznie Festiwal Wina Węgierskiego im Roberta Wojciecha Portiusa.



Według legendy, pierwszym producentem wina był biblijny Noe, który wylądowawszy swoja arką na górze Ararat, zajął się uprawą winorośli na stokach rzeczonej góry. W każdej legendzie coś prawdy jest, albowiem najstarsze, pochodzące sprzed siódmego tysiąclecia przed Chrystusem, ślady uprawy winorośli i wyrobu wina odkryto właśnie w Gruzji.
Sama nazwa tego boskiego trunku jest dla badaczy nadal zagadką, jedni wywodzą ją z sanskrytu, inni przypisują pochodzenie nazwy Hetytom i ich kamiennym tablicom. Wino znane było w Azji Mniejszej, Chinach, Egipcie. Zachowane malowidła ścienne w grobowcach egipskich przedstawiają szczegółowo proces technologiczny produkcji tego napoju. Stamtąd przywędrowało wino do Grecji, Rzymu oraz całego basenu Morza Śródziemnego. Stało się nieodłącznym towarzyszem starożytnych zabaw i uczt. Wina dolewano do wody aby umożliwić jej spożywanie. Jakość wody w miastach w owych czasach była tragiczna i bez dodatku wina nie sposób było ją bezpiecznie pić.
Wraz z chrześcijaństwem ten napój z owocu winnej latorośli dotarł do Europy Północnej a później na cały świat.
Już za pierwszych Piastów uprawiano winorośl na ziemiach polskich. Niestety klimat nie pozwalał na osiągnięcie zadowalających efektów. Jednakże mnożące się kościoły i klasztory potrzebowały tego trunku do celów liturgicznych. Dlatego winnice polskie zlokalizowane były głównie przy klasztorach.
W okresie średniowiecza na południowych stokach okalających Krosno gór, również rozciągały się winnice. Świadczy o tym choćby nazwa wzgórza pomiędzy Miejscem Piastowym a Głowienką - „Winna Góra”. Aleksander Hrabia Fredro otrzymawszy w wianie odrzykońską warownię doszukał się w rodowych archiwach, że na południowym stoku zamkowej góry była winnica, którą wyrąbano w ramach waśni sąsiedzkiej stanowiącej kanwę napisanej później przez niego komedii „Zemsta”.

No cóż, krośnieńskie winnice to tylko historyczna ciekawostka, niestety trudno uzyskać w naszych warunkach trunków godnych by uszlachetnić pańskie stoły, a takie wina, z dawien dawna komponowali za Karpatami Madziarowie. Dawniej były to ludy koczownicze, wywodzące się gdzieś z dalekiej Mongolii. Wędrowali i łupili jak to było w ich zwyczaju, do czasu aż nie osiedli między Karpatami a Bałkanami. W miejscu, gdzie u zbiegu Cisy i Bodrogu rosną wspaniałe tokajskie winnice odnaleziono kamień z odciskiem liścia winorośli pochodzący z miocenu. Podobno w tym terenie winorośl uprawiali Celtowie już przed naszą erą. Pod koniec piątego wieku przybyli na te tereny Słowianie i również uprawiali winorośl. Z tego okresu pochodzi prawdopodobnie nazwa Tokaj, od starosłowiańskiego „stokaj” czyli zbieg rzek. Inna teoria wiąże nazwę regionu z armeńskim słowem oznaczającym „grono”. Kiedy około roku 896 przybyli tam Madziarowie pod wodzą legendarnego Arpada, na stokach zempleńskich gór rozciągały się liczne winnice. Łagodny klimat, łatwo nagrzewające się powulkaniczne gleby oraz drążone w tzw. tufie piwnice, sprzyjały rozwojowi winiarstwa. Kolejni władcy z dynastii Arpadów, otoczyli opieką tę dziedzinę produkcji rolnej. Po zniszczeniu upraw przez Tatarów, Arpad – Bela IV sprowadził w trzynastym wieku biegłych w winiarskim fachu Walonów oraz Italczyków. Od tego czasu datuje się uprawa najpopularniejszego tokajskiego szczepu czyli furminta, wtedy też zaczęto produkować wina „rodzynkowe”. Powstawały nowe ośrodki produkcji między innymi w „Miejscu gdzie po raz pierwszy rozbiliśmy namioty” czyli Sátoraljaújhely – obecnie miasto przy granicy ze Słowacją – od niedawna związane umową partnerską z Krosnem a przeciętnemu Polakowi kojarzące się z kultowym filmem „CK dezerterzy” i Markiem Kondratem grającym główną rolę, stacjonującego w garnizonie w Sátoraljaújhely, frajtra Kani Kaniowskiego. Dla Węgrów zaś to miejsce obozowania legendarnego króla Arpada ze swoją , podbijającą ten region armią.


Wiek piętnasty, dzięki ogromnej pracy Paulinów z Sátoraljaújhely rozsławia region za sprawą słynnego wina oremus. Owy napitek, jak mało które znane w Europie wino, świetnie przechowywał się podczas morskich podróży. Prawdopodobnie sam wielki podróżnik Magellan pijał ten trunek. Wtedy też zapewne zaczęli krośnieńscy kupcy sprowadzać węgrzyna i budować wielkie fortuny na handlu tym szlachetnym napojem. Według zapisów w archiwach, kupiec Łukasz Wilusz z Krosna miał duże problemy z zakupem tokajskiego wina w składach bardejowskich , co niezmiernie musiało go rozsierdzić, skoro w Roku Pańskim 1472 złożył skargę na tamtejszych kupców w radzie miejskiej. Wiek szesnasty to złoty okres w rozwoju Krosna. Na handlu węgierskim winem powstają ogromne fortuny a apogeum przyniósł rok 1576, kiedy na tron wstąpił książę Siedmiogrodu Stefan Batory. Pomijając fakt, że wielki ten władca zreformował polską armię, wprowadził do uzbrojenia szablę, to za jego panowania węgierskie wino na dobre zagościło na królewskich oraz magnackich stołach. Wraz z królem przybył w nasze strony młody magnat Balint Balassi. Ten niezwykle zdolny oficer huzarów posiadł dobra ziemskie w okolicy Rymanowa oraz Żmigrodu, bywał częstym gościem w odrzykońskim zamku oraz Krośnie. Legenda głosi iż popiwszy węgierskiego wina w rymanowskiej karczmie, wdał się w bójkę o względy pięknej kobiety. Tak się nieszczęśliwie stało, że otrzymawszy cios w głowę dębową ławą padł bez czucia. Co się źle zaczęło, koniec miało szczęśliwy, albowiem młodzian ów odzyskawszy przytomność zaczął pisać piękne erotyki i wkrótce zasłynął jako największy poeta węgierskiego renesansu. Aby uczcić pobyt Balinta Balassiego w naszych stronach, Stowarzyszenie Portius odsłoniło trzy tablice pamiątkowe poświęcone temu poecie: na zamku odrzykońskim, w Rymanowie oraz Nowym Żmigrodzie. Autorami tych dzieł są – krośnieński artysta rzeźbiarz a zarazem wiceprezes Stowarzyszenia Portius – Maciej Syrek oraz ukraiński malarz i rzeźbiarz Wołodymyr Romaniw.

 W tymże szesnastym wieku powstało, uznane za najlepsze białe wino na świecie, uhonorowane przez króla Francji Ludwika Czternastego tytułem „wino królów, król win”, słynne i do dziś najwyżej cenione aszú. Tajemnica tego owianego legendami trunku tkwi w specjalnej bakterii powodującej szlachetne gnicie gron. Ręcznie zbierane grona dotknięte tą „chorobą”, do specjalnych pojemników zwanych putoniami, służą do komponowania najszlachetniejszych, niezwykle słodkich węgrzynów. Późny zbiór nadaje tym winom niezwykły, wspaniały smak i aromat. W przypadku zbierania całych kiści winogron, razem z rodzynkami aszú, bez ich rozdzielania, powstaje inne znane i niezwykle cenione wino, posiadające polską nazwę „tokaj samorodni”.
Te oraz inne wina wozili przez Karpaty krośnieńscy kupcy, przecierając kołami swoich, wypełnionych beczkami wozów, karpacki szlak wina. Rodzące się w zempleńskich winnicach napitki, w krośnieńskich piwnicach dojrzewały, by później ukazać swój szlachetny kolor, smak i aromat na najmożniejszych stołach władców północnej Europy.


W owych czasach kupiectwo nie było zajęciem bezpiecznym. Na ciągnące przez Karpaty karawany czyhały hordy okrutnych zbójów zwanych Beskidnikami. Zważywszy na ogromną wartość ładunków, ryzyko ich utraty a przy tym i życia z rąk okrutników, było wielkie. Jeszcze większe zagrożenie dla podróżnych stanowili skrywający się w jarach i wykrotach Beskidu- biesowie i inne diabły z piekła rodem, na złą drogę uczciwych ludzi sprowadzający i na wieczne potępienie narażający szlachetne dusze. Było to gdzieś u podnóża wielkiej, masywnej góry, pełnej zbójeckich jaskiń, ciemnych wąwozów i uroczysk, gdzie złe miało schronienie. Góra ta dostojna, swoim wyglądem leżącego niedźwiedzia przypominała. Nazwę swą – Cergowa, zawdzięczała okrutnym Celtom onegdaj tam zamieszkującym, co w ich języku słowo „Cerg” górę stanowiło. Tam to nad brzegiem rzeki Jasiołki, gdzie trakt na Węgry z Krosna przez Duklę ku przełęczy prowadził, przebiegły bies, na dusze niewinne łasy, zasadzkę na kupców krośnieńskich urządził. Gdy tylko karawana na popas i nocny wypoczynek stanęła, porwał diabeł beczkę wina, a w jej miejsce wstawił inną, pełną złotych dukatów. Zajechały wozy na krośnieński rynek, parobkowie beczki jęli zwalać i do lochów staczać, aby tam w chłodzie szlachetne trunki przed dalszą drogą dojrzałości nabrały. Jedna z beczek nazbyt ciężką się zdała. Przywołali tedy robotnicy kupca, szlachetnego Szkota Roberta Rortiusa, do którego te towary należały. Oglądnął pan Robert ową beczkę i dla sprawdzenia wieko odbić kazał. Ukazała się gawiedzi taka ilość złotych monet jakiej nigdy w życiu widzieć nie mogli. Calutki antał, po brzegi wypełniony był błyszczącymi monetami. Zdziwił się niezmiernie kupiec, beczkę na powrót na wóz kazał załadować i do winiarza na Węgry odesłał, albowiem uznał że majątek ten w żaden sposób należnym mu nie był. Jakież zdziwienie nastało, gdy po wielu dniach beczka ze złotem na krośnieński rynek wróciła. Okazało się bowiem iż tokajski dostawca wina do zawartości beczki się nie przyznał i odesłał ją na powrót, gdyż uznał że złoto to mu się nie należy. Tak to uczciwość kupiecka nad diabelską podstępnością górę wzięła. Udał się zatem szlachetny Szkot przed sąd grodzki, aby uczeni juryści problem zgodnie z literą prawa rozstrzygnęli. Uczeni w prawie mężowie uznali, że skoro kupiec złota nie chce, to niech je na szlachetny i zbożny cel przeznaczy. Na nic się zdały diabelskie podszepty. Pan Portius postanowił za owe złoto dzwony godne, u najlepszych ludwisarzy zamówić, do farnej dzwonnicy, którą  własnym sumptem ufundował. Jako że po transakcji jeszcze złota zostało, polecił mistrzom, aby owy kruszec do stopu dodali, by dźwięk dzwonów szlachetniejszym był.


I tak to zawisły pod kopułą farnej wieży – Jan, Marian oraz Urban, który po krakowskim Zygmuncie był drugim co do okazałości dzwonem w Rzeczypospolitej. Okrutnie się diabeł rozsierdził, albowiem dusz szlachetnych, na wieczne potępienie nie sprowadził, to jeszcze jego złoto na chwałę bożą użyte zostało. Czasem, gdy Urban swoim dostojnym głosem nad murami miejskimi rozbrzmiewa, próbujcie dokładnie wsłuchać się w te dźwięki. Mawiali starsi ludzie, że bywało iż z dzwonów, raz anielskie chóry słyszeć się dało, innym zaś razem diabelski skowyt spod kopuły dzwonnicy się rozchodził. Wiele razy wsłuchiwałem się w te dźwięki, jednak zawsze tylko dumne i szlachetne bicie dzwonu słyszałem. Nie wiem jak było z tym diabłem, wiem tylko, że dzięki węgierskiemu winu oraz hojności krośnieńskiego patrycjusza wieża farna wraz ze wspaniałymi dzwonami cieszy oczy spacerujących krośnian.


Co jednak się stało z ową beczką wina, którą diabeł podstępnie z wozu ukradł, by na tę z dukatami podmienić? Nie wiem, choć się domyślam, albowiem pewnego pierwszo kwietniowego poranka, zatrudnieni przy odbudowie kamienieckiego zamczyska robotnicy, odgruzowując lochy, na wielkie znalezisko natrafili. Osobiście tego nie widziałem, ale słyszałem od przesiadujących w korczyńskiej karczmie, wiele wiedzących bywalców, opróżniających namiętnie pękate, plastikowe butle nazywane „leśnymi dzbanami, tudzież najpodlejsze gorzałki niewiadomego pochodzenia,  które ukradkiem spod stołu w kieliszki nalewali,  że znaleziskiem tym była stara beczka oznaczona herbem królewskiego faktora, pełna mocnego słodkiego wina. Po dokładnym obejrzeniu oczom znalazców ukazał się dziwny znak odciśnięty w tokajskim dębowym drewnie. Znak ten wprawdzie przypominał odcisk kopyta, jednak trudny do przypisania jakiemukolwiek znanemu zwierzęciu. Zapewne diabeł znamię to zostawił. Co złośliwsi twierdzą, że obok beczki wielką siedemnastowieczną golonkę odkopano, zawiniętą w krośnieńskie blechowane płótno. Powtarzają w sekrecie iż ową golonkę sam Burgrabia Kołder pośpiesznie z wielką ilością sarepskiej musztardy zjadł. Ponoć padł po tym bez czucia i dopiero po wlaniu mu w gardło trzech kwaterek węgierskiego wina, do zdrowia powrócił. Zapewne to tylko złośliwe plotki, chociaż ogromny apetyt pana kustosza, swoją sławą daleko poza granice Rzeczypospolitej sięga.


 Spacerujmy zatem wśród starych murów, przejdźmy dostojnymi podcieniami. Jeżeli uważnie się przyjrzymy, to nie trudno będzie zauważyć nad wejściem do jednej z kamienic inicjały Roberta oraz Anny Portiusów. To w tej kamienicy zamieszkiwał dumny i hojny Szkot. Przybył do Krosna wraz grupą swoich rodaków w latach dwudziestych siedemnastego wieku. Początkowo współpracował zJanem Laurenstenem i Bartłomiejem Inesem, podobnie jak i on Szkotami. Szybko jednak poślubił Annę, wdowę po Bartłomieju Mamrowiczu, czym wszedł w koligacje ze słynnym i niezwykle wpływowym rodem Hesnerów. W krótkim czasie prowadząc rozległe interesy, praktycznie zmonopolizował handel węgierskim winem, dzięki uzyskanym królewskim przywilejom. Dostarczał wina trzem królom polskim z dynastii Wazów. Podczas szwedzkiego „Potopu” kierował obroną miasta, gościł również powracającego z wygnania Jana Kazimierza, podczas jego podróży do Lwowa, gdzie monarcha złożył słynne śluby w katedrze, uznając Matkę Bożą Królową Polski.

 Czas kończyć nasz spacer. Udajmy się więc na ulicę Blich, gdzie w piwnicy pod budynkiem BWA, jak przed wiekami leżakują najznamienitsze białe tokaje, czerwone bikawery, najlepsze węgierskie trunki od najbieglejszych mistrzów winiarskiego rzemiosła.
Mości Robercie Wojciechu Portiusie – nie jest źle, masz dzisiaj w Królewskim Wolnym Mieście Krośnie godnych następców, którzy w myśl zawołania „Nie masz wina nad węgrzyna”, znowu jak przed wiekami przecierają karpacki szlak wina. In vino Veritas – butelkę furminta proszę!

Tadeusz Gajewski

 
  stronę odwiedziło już 33983 odwiedzający (76189 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=