Tadeusz Gajewski
  Spacer po Krośnie "Panta rei"
 
               Królewskie Wolne Miasto Krosno odkąd pamięcią sięgam było zalewane przez obydwie swoje rzeki, które zakolami, niczym dwa połączone ze sobą węże, od wieków oplatają gród. Toczące się wody raz to smętnie i leniwie, innym razem wartko jakby im spieszno było do Sanu, Wisły i Bałtyku, bywały na przestrzeni dziejów raz to przekleństwem nieokiełznanego żywiołu, innym razem przeszkodą utrudniającą zdobycie warowni przez krwawych najeźdźców, na co dzień zaś nieodzownym, potrzebnym do życia i rozwoju darem przyrody.
          Wybierzmy się zatem na spacer, może nad brzegiem Lubatówki spotkamy ślady tak bardzo oczekiwanej wiosny? Obrośnięte różnorodną roślinnością, obwałowane brzegi tej rzeczki, urzekały zawsze swoim nostalgicznym mistycyzmem, do czasu aż buldożery nie poczyniły iście barbarzyńskich czystek w ramach tzw. regulacji koryta rzecznego.
          Pomimo uprzątniętego śniegu, nawierzchnie krośnieńskich ulic, jezdni i chodników nie zachęcają zbytnio do przyjemnego dreptania w ramach spacerowego odpoczynku. Czego nie zniszczyła zima, to zostało przeorane przez niedawną wymianę rur kanalizacyjnych. No cóż, zanim dotrę na wały oddzielające koryto rzeki od zabudowań Starego Miasta, solidnie przetrenuję pamiętaną z dzieciństwa grę w klasy, dzięki ustawicznemu przeskakiwaniu wszechobecnych dziur i wykrotów. Jeszcze kilkaset metrów, kilkadziesiąt skoków nad dziurami i dotrę do celu. Jak w starym porzekadle „już byłem w ogródku, już witałem się z gąską” , a tu bęc... Drogę zagrodził mi pokaźnych rozmiarów wykop, na dnie którego dzielni fachowcy z krośnieńskiego, Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej łatali pękniętą rurę wodociągową. Zaraz przypomniały mi się pamiętne słowa z popularnego kabaretu: „nie bądź pan rura i nie pękaj pan”. Omijając rzeczony wykop, starając się uchronić obuwie przed utopieniem w błocie, rzuciłem w stronę nadzorującego pracę, zapewne brygadzisty: „coś wam panowie te rury zbyt często pękają”. Zagadnięty, ze stoickim spokojem wycedził przez zęby nie wypuszczając tlącego się niedopałka: „Pan szanowny raczy zauważyć, że wszelki postęp niesie koszty ze sobą. Przestały ludziska załatwiać się za stodołą i nosić wodę wiadrami, wodociągów i kanalizacji im się zachciało, to i rury pękają. Nic nie jest wieczne”. Nie chciałem wdawać się z owym jegomościem w polemiki, choć na końcu języka miałem, że wybudowane dzięki przywilejowi królewskiemu Kazimierza Jagiellończyka z roku 1461, krośnieńskie wodociągi, działały niezawodnie do dziewiętnastego wieku, choć rury ani z żeliwa ani ze stali nie były, tylko drewniane. Były to po lwowskich najstarsze wodociągi w Polsce.
               Spacerując wałami Lubatówki, za budynkami ubezpieczalni można zauważyć, że w miejscu tym rzeka ujęta jest z obu stron w wąski, wysoki kanał. To gdzieś w tej okolicy była zapora spiętrzająca wodę na potrzeby krośnieńskich akweduktów. Zapora umożliwiała poprowadzenie z okolic parku specjalnego kanału dostarczającego wodę pod południowy narożnik murów obronnych, gdzie zlokalizowany był rurmus. Stamtąd system czerpaków transportował wodę przez ulicę Sukienników do specjalnego zbiornika, zwanego cistą Jedna z nitek wodociągu zaopatrywała miejską łaźnię obok kościoła farnego oraz zlokalizowane w okolicy bramy krakowskiej warsztaty kaflarskie i garbarskie. Drugą odnogą woda płynęła wzdłuż ulicy Węgierskiej (obecnie Sienkiewicza) do Rynku , gdzie również zlokalizowana była pokaźna cista. Stamtąd kanał dostarczał życiodajny płyn na ulicę Szewską . Kanał ten zbudowany został za zgodą rady miejskiej w 1585 roku przez Walentego Hesnera oraz Stanisława Krosnera. Użytkowanie owego akweduktu obwarowane było pewnymi warunkami. Mogli z niego korzystać wszyscy mieszkańcy, jednak przy pobieraniu wody do słodowni należało uzyskać zgodę inwestorów. Trzeci kanał zaopatrywał w wodę klasztor franciszkański oraz okoliczne domy i warsztaty. Skomplikowany system wodociągów wymagał fachowej obsługi. W tym celu miasto zatrudniało mistrza kanałów, zwanego też rurmistrzem lub w wersji łacińskiej magistrem cannalium. Wszyscy mieszkańcy byli obowiązani do dbałości o urządzenia wodociągowe. Wszelkie stwierdzone zaniedbania, zanieczyszczenia wody czy też uszkodzenia urządzeń były surowo karane przez grodzkie sądy. Winowajcy musieli naprawić szkody ponosząc koszty tych napraw. W sierpniu 1541 roku szewc Marcin Hensel został wezwany przed sąd pozwem wytoczonym przez radę miejską, jako że zanieczyszczał wodę. Sąd nakazał mu oczyszczenie przewodów wodociągowych oraz odprowadzać wody opadowe w taki sposób, aby wody te nie spływały do kanałów wodociągowych. Wspomniany wcześniej rurmus oprócz zaopatrzenia miasta w wodę miał jeszcze zadanie nawodnienia fosy obronnej zlokalizowanej pod murami. Tak to w epoce śmierdzących rynsztoków Królewskie Wolne Miasto Krosno szczyciło się najwyższymi światowymi standardami w dziedzinie gospodarki komunalnej. Dopiero w dziewiętnastym wieku za sprawą władz austriackich wodociągi zlikwidowano by w dwudziestym wieku powróciły, lecz już nie były to instalacje na miarę czasów, co widzimy codziennie odkręcając krany z brunatną, cuchnącą cieczą a na ulicach co rusz natrafiamy na rozkopane chodniki i grzebiące w ziemi ekipy łataczy pękających rur. Pocieszającym jest fakt, że dzięki unijnym dotacjom miasto posiada najnowocześniejszą oczyszczalnię ścieków oraz zakład utylizacji odpadów. Może nadejdą takie czasy, że z krośnieńskich kranów popłynie kryształowo czysta, smaczna woda, a pękające rury staną się ciekawostkami opowiadanymi wnukom przez nostalgicznych dziadków.
               Odkryliśmy podczas tego spaceru dobrodziejstwa wynikające dla miasta z sąsiedztwa niepozornej Lubatówki. A co z naszą znacznie większą rzeką czyli Wisłokiem? Tak się składa, ze dzięki wodom tej rzeki działało wiele przedsiębiorstw użyteczności publicznej, bez których trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie prężnie rozwijającego się miasta. Jako, że przywileje królewskie jakimi na przestrzeni dziejów poszczególni władcy honorowali nasz gród zapewniały miastu dopływ przeróżnych surowców wymagających przetworzenia, w bliskim sąsiedztwie bramy krakowskiej już w czternastym wieku funkcjonowały młyny, tartaki, blech, folusz a później również łaźnia miejska (wcześniej łaźnia istniała pomiędzy rynkiem a kościołem farnym). Były to zakłady niezwykle dochodowe, dlatego od samej lokacji miasta wszelkie wpływowe osobistości starały się przejąć choćby część wypracowanych przez nie zysków. Najstarszym prawdopodobnie zakładem był krośnieński blech, instytucja na owe czasy wzorcowa, skoro Kazimierz Jagiellończyk nadając przywileje innym miastom, nakazywał urządzanie blechu na wzór krośnieński. Można by śmiało przyjąć że w tamtych wiekach wybielanie płócien było krośnieńską specjalnością.
                Młyn wraz z tartakiem stanowił własność królewską i co za tym idzie dochody z tego przedsiębiorstwa czerpał królewski namiestnik czyli dziedziczny wójt. W późniejszym okresie, co można wyczytać w aktach sądowych toczono dziesiątki sporów o dochody z tej firmy. Procesowała się okoliczna szlachta starająca się pozbawić miasto ogromnych zysków ( po wykupieniu dziedzicznego wójtostwa miasto przejęło dochody należne wójtowi). Apanaże z folusza w całości zasilały parafię. Zabudowania młyna zlokalizowane były pomiędzy Wisłokiem a murami obronnymi w bezpośrednim sąsiedztwie bramy krakowskiej, poniżej pałacu biskupiego. Od bramy miejskiej do młyna można było dojść przez zwodzony most. Według inwentarza sporządzonego dla starostwa z roku 1558, wejścia do zabudowań strzegły dwie bramy. Brama zlokalizowana bliżej murów broniła dostępu do tartaku wyposażonego w piłę do kłód oraz zespół kół napędzających urządzenia. Ponadto zlokalizowany był tam również warsztat kowalski i ostrzarnia siekier. Sam młyn był budowlą pokaźną wyposażoną w składowiska oraz skrzynie na zboże, budynki gospodarcze oraz mieszkalne dla dzierżawcy. Zarządzający młynem dzierżawca posiadał ogród, staw rybny, sadzawkę, pastwisko dla owiec. Łaźnia, blech oraz folusz potrzebowały do celów technologicznych wody czystej, więc prawdopodobnie korzystały z miejskich wodociągów, młyn z tartakiem  pobierał wodę z Wisłoka. W tym celu wykopano spory kanał biorący początek w pobliżu kościoła Św. Wojciecha. Kanał ten zwany młynówką przebiegał wzdłuż murów obronnych. Pomiędzy nim a murami biegła droga od bramy węgierskiej do młyna i tartaku. Ówczesny bieg samego Wisłoka znacznie różnił się od tego jaki widzimy dzisiaj. Stare koryto toczyło wody od podnóża Św. Wojciecha w stronę kościoła franciszkanów by tam odbić w kierunku miejsca, gdzie obecnie znajduje się kładka do MPGK. W latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku rzekę wyprostowano a stare koryto zasypano. Wróćmy jednak do młyna. Woda z młynówki napędzała koła przedsiębierne, które wprawiały w ruch kamienie młyńskie oraz tartaczną piłę.
                   O krośnieńskich młynarzach, zarządcach, dzierżawcach można się dużo dowiedzieć wertując archiwa. Wszystko za sprawą niekończących się procesów sądowych o dochody jakie przynosił krośnieński młyn. Jako, że wójtostwo a co za tym idzie wynikłe z tego urzędu apanaże podlegały częstej odsprzedaży, zastawom, dochody z młyna były dzielone niczym udziały we współczesnych spółkach. Jednym z pierwszych procesujących się młynarzy był Grzegorz Młynarz, który domagał się zwrotu długu od Benka z Bardiowa w 1462 roku. W roku 1511 hetman wielki koronny Mikołaj Kamieniecki pośredniczył w imieniu krośnieńskiej rady w staraniach o przejęcie od młynarza Stanisława jednej trzeciej dochodów z młyna. Jako, że starania skończyły się fiaskiem, sporne apanaże przejął jedenaście lat później w imieniu Jego Królewskiej Mości starosta sanocki Stanisław Pilecki. W tym samym czasie miasto próbowało przejąć młyn za sumę pięciuset pięćdziesięciu złotych od Katarzyny, wdowy po Macieju Gładkim. Rodzina Gładkich dzierżyła młyn przez kilka pokoleń, rozbudowując folusz, inwestując w zawiadywane włości, okresowo popadała w długi, jednak była na tyle zamożna, że mimo zadłużenia testament Macieja Gładkiego zapewniał wdowie 50 grzywien w gotówce, ogród i liczne ruchomości. Pasierba zaopatrzył rzeczony młynarz w 20 grzywien a siostrzeńca w 10. Hojnie obdzielił również krośnieńskie kościoły sumą 166 i pół grzywny, ponadto   pięć grzywien zapisał na poprawę umocnień i fosy. Syn Macieja pomimo odziedziczenia długów i ogołocenia szkatuły z gotówki przez hojnego antenata bardzo szybko odrobił straty, spłacił wierzytelności ojca, zakupił ogród na Przedmieściu Niżnym, dom w Rynku oraz drugi przy ulicy Piekarskiej. Fakty te, udokumentowane w miejskich księgach, pozwalają zrozumieć jak wielkie dochody przynosiło to przedsiębiorstwo właścicielom i dzierżawcom skoro zwyczajni młynarze dorabiali się fortun. Zwabieni dochodami okoliczni ziemianie przejęli w latach osiemdziesiątych szesnastego stulecia dzierżawę młyna i tartaku.
              Tak oto odbyliśmy kolejny spacer po Krośnie, tym razem brzegami naszych rzek, które przez wieki tocząc swoje wody wzdłuż murów obronnych wspomagały rozwój miasta i pomnażanie majętności jego mieszkańców, zapewniały utrzymanie higieny, polepszały walory obronne grodu. Bywało, że zamieniały się w niszczycielski żywioł zalewając przedmieścia i okoliczne, należące do miasta folwarki i ogrody. To dzięki sąsiedztwu tych rzek, piętnasto, szesnasto i siedemnastowieczni krośnieńscy mieszczanie cieszyli się najwyższymi w owych czasach standardami bytowania, nieosiągalnymi w większości miast polskich i europejskich. Wszystko płynie a historia kołem się toczy. Może Królewskie Wolne Miasto Krosno kiedyś znowu wkroczy w swój złoty wiek?
 
Tadeusz Gajewski.
            
 
 
 
  stronę odwiedziło już 34665 odwiedzający (77558 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=