Tadeusz Gajewski
  Spacer po Krośnie „Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo”
 
 Spacer po Krośnie „Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo”           
 
 
 
 
              Ostatnie dni jesieni to jedyna okazja, aby przed zimą komfortowo pospacerować po zaułkach Królewskiego Wolnego Miasta. Szeleszczące pod butami liście nastrajają nostalgicznie, zaś przeszywające ostrym światłem promienie słoneczne nadają miejskiej przestrzeni trójwymiarowej wyrazistości. Zawsze jesień była okresem prosperity w handlu, może tak pospacerować po kupieckim Krośnie?
               Zakupiony kiedyś w celach konsumpcyjnych piękny amur stał się żywym pomnikiem zamieszkującym mój przydomowy stawek i pod groźbą wojny domowej utracił możliwość zakończenia żywota w sąsiedztwie butelki białego wina. Tak więc przestałem wyobrażać sobie tego azylanta w postaci skropionego sokiem z cytryny delikatesu i ruszyłem w miasto poszukać dla niego godnego zastępcy. Odkąd sięgam pamięcią ryby zawsze się kupowało naprzeciw bramy starego cmentarza   w domu znanego mieszczanina pana Pudły, który dożył stu lat prowadząc sklep z warzywami. Obok warzywniaka znajdował się sklep rybny a w nim pani Józia. Sklep istnieje do dzisiaj, pani Józia mimo sędziwego wieku nadal go prowadzi.


             Wprawdzie ryby nigdy nie były w naszych stronach towarem tanim, jednak w szesnastym wieku były trzecim pod względem obrotu asortymentem towarowym na krośnieńskim rynku. Za sprawą naszych kupców, wykorzystujących duże różnice cen hurtowych między miastami portowymi a terenami podgórskimi, ryby morskie, głównie solone bałtyckie śledzie, jak też i słodkowodne, docierały do wszystkich miast i miasteczek Małopolski, szlakiem przez Sandomierz z pominięciem Krakowa. Kupcy rybni z Łowicza, Sandomierza i Lublina kończyli swoje wędrówki handlowe w naszym grodzie. Dalej beczki zwane śledziówkami przeładowane na wozy opatrzone gmerkami krośnieńskich kupców wędrowały do podkarpackich miasteczek i wiosek oraz na Węgry. Według węgierskich archiwów celnych, handel rybami morskimi w kraju Madziarów był całkowicie opanowany przez eksporterów krośnieńskich aż do Roku Pańskiego 1590. Musiał to być interes bardzo intratny, gdyż największe ilości ryb dostarczali na Węgry tacy potentaci jak Hieronim Stano, w owych czasach najznaczniejszy patrycjusz wśród krośnieńskich kupców. Ryby do towarów trwałych nie należały, przeto w Archiwum Państwowym w Przemyślu zachowały się liczne akta procesowe związane ze sporami kupców. W Roku Pańskim 1548 kupiec z Bardiowa Joachim Kappas pozwał przed sąd ławniczy w Krośnie Bartłomieja Rajchela. Pan Joachim twierdził, iż rzeczony Bartłomiej dostarczył mu sześć beczek zepsutych śledzi. Jako że z wyroku krośnieńskiej ławy nie był zadowolony, pozwał owego kupca ponownie, tym razem przed sądem w Sanoku. Natomiast w roku 1579 kupiec z przedmieścia lwowskiego, Rusin o imieniu Jan, który oprócz handlu krawiectwem się parał, dostarczył Andrzejowi Zajdlowi cuchnące ryby. Pan Andrzej zamierzywszy odesłać wadliwy towar, poprosił ławników krośnieńskich, aby byli świadkami przy zabijaniu beczek. Beczka solonych śledzi kosztowała w Krośnie około ośmiu złotych, zaś słodkowodne ryby lwowskie notowały duże skoki cenowe, od 12 do 24 złotych za beczkę. Czasy się zmieniają, kiedyś woziliśmy ryby na Węgry a obecnie krośnianie jadą do madziarskich restauracji aby delektować się wspaniałą zupą rybną z suma, która nie ma sobie równej nigdzie w Europie.
            Tak drepczę sobie jesiennymi ulicami, oglądam wystawy sklepowe, jakoś coraz ich mniej na krośnieńskiej starówce, wszędzie banki i salony telefonii komórkowej, zimno a ja chętnie narzuciłbym na grzbiet coś cieplejszego. Pamiętam czasy, gdy nie było żadnym  Faux –pas noszenie futer, naturalnych skór, lisich kołnierzy. Było to wręcz świadectwem elegancji, dobrego smaku, zamożności. Teraz wszystko sztuczne, masowe, tandetne. Przecież nie tak dawno świetnie prosperował zakład kaletniczy przy ulicy ks. Szpetnara (dawniej Hanki Sawickiej), krośnieńskie, skórzane piłki z Fabosu królowały na większości boisk i stadionów a w pobliskim Rymanowie roiło się od warsztatów garbarskich, rymarskich, kaletniczych czy kuśnierskich. W dawnej Rzeczypospolitej skóry, futra były ważnym towarem eksportowym. Sam Jaśnie Wielmożny Mikołaj Kamieniecki, za pośrednictwem swojego faktora Grzegorza Krotelki z krośnieńskiego przedmieścia dostarczał kunie futra na Górne Węgry, co skrzętnie odnotowały archiwa celne miasta Bardiowa w Roku Pańskim 1502. Krośnieńscy kupcy wozili skóry i futra oraz wyroby kaletnicze i kuśnierskie do Krakowa a nawet do Gdańska, gdzie w 1590 roku Stanisław Pudłowski dostarczył tysiąc pięćset skór króliczych tamtejszemu kupcowi Polnerowi. Pan Pudłowski dostarczał na Węgry futra popielic a sprowadzał stamtąd skóry tureckie.  Kupiec ten nie cieszył się dobrą sławą. Często dopuszczał się niegodziwości skrzętnie odnotowywanych przez uczonych skrybów w Księdze Ławniczej Miasta Krosna (1596 – 1609) . Z zawodu był kuśnierzem, jednak dzięki dochodom z arendy miejskiego młyna dysponował sporym majątkiem. Jako, że poważnie zadłużył się u niego koszycki kupiec Istvan Golupi, który w Krośnie dokonał żywota, pan Stanisław postanowił przejąć zastawione poręczeniem beczki z winem od urodzonego pana Jana Zabawskiego, szlachcica, który poręczył Golupiemu sześćset złotych. Zastawione wino i klejnoty zdeponowane były w kamienicy Doroty Domańskiej. Przejęcie węgierskiego trunku pchnęło Pudłowskiego w stronę kupiectwa. Wyspecjalizował się w pośrednictwie handlowym między polską a węgierską szlachtą. Dopuszczał się zawyżania prowizji do czwartej części ceny zakupu a często odmawiał wypłacenia należnych kwot. Jako, że w transakcjach przeważnie posługiwał się kredytem, popadł w poważne tarapaty finansowe. Wierzyciele ścigali go zawzięcie, w wyniku czego Rada Królewskiego Wolnego Miasta Krosna usunęła go ze swojego składu, godził bowiem swoim postępowaniem w jej dobre imię. W efekcie trafił do więzienia.


                 Pusto w jesienne przedpołudnie na krośnieńskim Rynku. Wiatr hula po podcieniach, a przecież przed wiekami w dniu świętego Szymona i Judy- Tadeusza było tu rojno. Był to dzień jarmarku świętoszymońskiego. Zjeżdżali się do grodu kmiecie z nieodległych wsi: Białobrzegów, Głowienki, Suchodołu, Krościenka, by zbyć płody rolne i zakupić narzędzia, sprzęty niezbędne w domostwach i gospodarstwie. Swoje towary zwozili rzemieślnicy i kupcy z bliższej i dalszej okolicy, przybywali hurtownicy z odległych ziem jak i ościennych krajów. Rynek tętnił życiem. Jarmarki były niezwykle istotnym elementem wymiany handlowej. Przywilej z roku 1453 zezwalał na dwutygodniowe targi od pierwszej niedzieli po dniu Zielonych Świątek, w tym dniu przypadał odpust w kościele Świętej Trójcy czyli farze. Od roku 1504 przeniesiono jarmark na pierwszą niedzielę po Wielkanocy a później okres jarmarków wydłużono do czterech tygodni organizując zarówno targi wielkanocne jak i zielonoświątkowe. Czwartym jarmarkiem był targ noworoczny ustanowiony w Roku Pańskim 1559. Celem tych przedsięwzięć handlowych było ożywienie wymiany towarowej o charakterze hurtowym, dalekosiężnym. Według wielebnego dziejopisarza ks. Władyslawa Sarny,w wieku dziewiętnastym targi trwały po trzy dni każdy i odbywały się jeszcze w niedzielę śródpostną oraz w dniu św. Ignacego czyli 31 lipca. Handlowano w Rynku oraz na placach Św. Ducha i przed kościołem kapucynów. Pokaźne targi odbywały się również w Rogach, Korczynie, Jedliczu i Dukli.  Dla wymiany lokalnej i detalicznej służył poniedziałkowy a następnie czwartkowy targ cotygodniowy. Obyczaj tych jednodniowych  targów przetrwał do ostatnich dekad dwudziestego wieku.
                   Z opowiadań moich antenatów wnioskuję, że plac targowy jeszcze w latach czterdziestych dwudziestego wieku umiejscowiony był pomiędzy obecną ulicą Naftową i Kolejową, po wojnie teren ten zabudowano blokami. Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w miejscu gdzie obecnie zbiega się ulica Czajkowskiego z obwodnicą były tzw. „ciuchy”. Był to okres, gdy znaczna część rodzin otrzymywała paczki z Ameryki. Handlowano tymi darami oraz przemycanymi towarami tekstylnymi. Pracownicy krośnieńskich zakładów pracy mieli możliwość wyjazdów do krajów obozu socjalistycznego na wczasy, wycieczki czy osławione „pociągi przyjaźni”. Tylko niezaradni tracili na takich wyjazdach pieniądze. Większość sprzedawała naszym drogim „innostrannym” przyjaciołom produkty krośnieńskiego przemysłu i rzemiosła, przywożąc od nich towary u nas deficytowe. Wszystkie te dobra trafiały na „ciuchy”. Przy ulicy Podwale znajdował się tzw. „Zielony Rynek”, tam drobni rolnicy zbywali, jaja, sery, warzywa. Przy okazji można było tam kupić dyskretnie radzieckie złote pierścionki. Później ten plac targowy przeniesiono w miejsce obecnego bazaru przy ulicy Legionów (dawniej Armii Ludowej).
                  Wraz z upadkiem jedynie słusznego ustroju odezwały się w krośnianach uśpione talenty kupieckie. Wokół „zielonego rynku” zaczął wyrastać spory bazar o międzynarodowym znaczeniu. Ruszyli nasi mieszczanie do Wiednia, Stambułu, Budapesztu i zwozili towary, a to zegarki elektroniczne, zasilacze, odtwarzacze, węgierskie swetry, tureckie kożuchy. Obok łóżek polowych z towarami krośnieńskich kupców masowo parkowały łady i dacie radzieckich i rumuńskich handlowców. Bazar zyskał nowe potoczne nazwy „Ruska wieś” oraz „Ruski Rynek”. Pośród kurzu i błota oferowano rosyjskie klepaczki do kos, bułgarską chałwę, ukraińską czy rumuńską wódkę, papierosy a nawet żółwie . Kupić można było wszystko co dawny obóz Krajów Demokracji Ludowej produkował. Mijały lata, powstawały supermarkety, duże sklepy, bazar powoli się przeobrażał, powoli zniknęli Rumuni i Ukraińcy, pojawiać się zaczęli słowaccy klienci poszukujący polskich tekstyliów, mebli, artykułów gospodarstwa domowego i żywności. Co rusz słyszeć się zdało proroctwa o rychłym upadku bazaru za sprawą wielkich sieci handlowych. Pomimo otwierania coraz to nowych „Biedronek” oraz innych supermarketów, bazar ma się dobrze, trudno wyplenić z narodu wielowiekowe przyzwyczajenia. W samoobsługowych molochach klient jest wyobcowany, w małym sklepie czy przy bazarowym kramie jest podmiotem, może negocjować warunki transakcji z kupcem, czuje się kimś ważnym. Jeszcze kilka miesięcy temu funkcjonował plac targowy przy ulicy Zręcińskiej, kiedyś tam można było kupić cielaka czy żywą kurę, zaopatrzyć się na zimę w ziemniaki, cebulę, owoce. Z podbrzozowskich wiosek zjeżdżali się opałczarze, wikliniarze, powroźnicy. Był to ostatni relikt lokalnego galicyjskiego jarmarku. Odszedł w niepamięć razem z atmosferą ościennych wsi, które powoli utraciły swój rolniczy charakter i stały się willowymi dzielnicami Krosna, tyle że poza jego granicami administracyjnymi.


                    Sobotnie najazdy Słowaków są  namiastką dawnej handlowej potęgi miasta, niestety, tylko namiastką, a przecież krośnieńscy kupcy docierali z tekstyliami, węgierskim winem, suknem miejscowej roboty oraz setkami innych asortymentów do Wilna, Gdańska, Lwowa. Wręcz monopolizowali dostawy polskich wyrobów na węgierskim rynku. Pomimo licznych procesów, zajęć towarów, blokad handlowych, protestów patrycjatu krakowskiego zaopatrywali miasta śląskie z Wrocławiem na czele. Bogactwo naszych kupców kłuło w oczy magistrat krakowski. Doszło do tego, że w 1464 roku zarządzeniem królewskim zamknięto dla przepływu towarów drogę przez Krosno, Sanok, Łupków na Humenne, zalecając kupcom aby udawali się przez Kraków, Sącz. Na szczęście szlak przez Przełęcz Dukielską był otwarty i kupcy z Węgier udający się na Ruś i Podole mogli tym szlakiem wędrować i na krośnieńskich jarmarkach towary swoje wymieniać. Miłościwie panujący Kazimierz Jagiellończyk mimo iż był dobrodziejem Królewskiego Krosna, nadając mu liczne przywileje, jednak uległszy krakowskim kupcom zakazał pod groźbą utraty towarów omijania Krakowa w drodze do Wrocławia. Krośnianie nic sobie z zakazu nie robiąc nadal wozili towary do miast śląskich przez Pilzno, Lelów i Krzepice, czym wzbudzili gniew królowej Zofii. Sprytni krośnianie wyprocesowali jednak zwolnienia od zakazów, powoływali się bowiem na dawno zapomniane przywileje, jakich udzielił im Kazimierz Wielki. Niestety, złoty wiek Krosna zniknął za zasłoną czasu, niegdyś drobni kupcy swoim sprytem, przebiegłością, skutecznie bronili się przed korporacjami z wielkich miast, starającymi się wyeliminować ich z rynku. Dzisiaj kramarze i sklepikarze przemierzają kraj w poszukiwaniu tanich i solidnych towarów by nie dać się wyeliminować przez wielkie, ponadnarodowe sieci oferujące tanią chińską tandetę. To dzięki nim tysiące drobnych producentów odzieży czy galanterii mogą na podłódzkich giełdach zbywać swoje produkty. Kropla drąży skałę nie siłą, lecz ciągłym padaniem. Takimi kroplami są miedzy innymi pani Bożenka oferująca na bazarowych stołach kosmetyki, paski i inne drobiazgi, Pani Władzia, która mimo sędziwego wieku stoi na czele rodzinnego, wielopokoleniowego klanu kupców oferujących polskie tekstylia na krośnieńskim bazarze oraz słowackich jarmarkach. Tę skałę drążą z większym lub mniejszym skutkiem drobni sklepikarze, wypchnięci z lepszych lokali przez banki i firmy telefoniczne,, przywożący to czego konkretny klient potrzebuje, na jego miarę. 
Obładowany zakupami kończę nasz kolejny spacer po Krośnie, na następny zaproszę Was za miasto. Okolice mamy piękne, kryjące historie niesamowite, a mało znane.
Tadeusz Gajewski
 
 
 
  stronę odwiedziło już 33032 odwiedzający (74463 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=