Tadeusz Gajewski
  Ścieżkami dzieciństwa
 
Spacer po Krośnie
„Ścieżkami dzieciństwa”
Gdzie się może schronić dorosły człowiek gdy rzeczywistość zaczyna go przytłaczać? Najlepiej pójść na spacer w miejsca bezpieczne. Tylko gdzie takie są? We wspomnieniach z dzieciństwa, w beztroskich latach, w których wszystko było proste, zdefiniowane, przyjazne. Niestety, świat biegnie do przodu w zastraszającym tempie i dzisiaj są to już tylko obrazy z nierzeczywistej baśni   opowiadającej o najwspanialszych chwilach w krainie czarów. Ruszmy więc wyobraźnię i w drogę. Każdy ma swój punkt wyjścia, moim takim miejscem jest ulica Naftowa. Obecnie to senna, pełna emerytów uliczka nieopodal dworca PKP i PKS. W tak zwanych okresach „późnego Gomułki” oraz „wczesnego Gierka” miejsce to tętniło życiem. W owym czasie na podwórzach między ustawionymi w czworoboki dwu i trzypiętrowymi blokami królowała gra w palanta. Niestety, dziś już nikt w to nie gra, a jest to jedna z najstarszych znanych w Polsce gier zespołowych, uprawiana od czasów króla Zygmunta Trzeciego Wazy. Palant był bardzo modną grą w dziewiętnastym wieku a po 1918 roku został wprowadzony do zajęć szkolnych. Do lat siedemdziesiątych istniała liga oraz mistrzostwa Polski w tej dyscyplinie. Tę starodawną grę ludową mylnie kojarzono z amerykańskim baseballem. Do gry używało się drewnianej pałki nazywanej „palestrą” oraz gumowych piłek wielkości piłki tenisowej. Kapitan drużyny nazywany był „matką”. Drużyna stawała w bazie od której po półkolu ustawione były gniazda. Po wybiciu palestrą piłeczki zawodnicy przeciwnej drużyny starali się ją złapać. W tym czasie należało przebiec po półkolu a gniazda były miejscami azylu. Przeciwnicy złapawszy piłeczkę starali się trafić zawodnika biegnącego zanim dotknie gniazda lub dobiegnie do bazy. Mniej popularna była, dzisiaj kompletnie zapomniana gra w „kiczki”. Do gry tej używano dwóch kijków, jeden dłuższy służący do wybijania oraz krótszy który się wybijało. Jak to bywało onegdaj, tak i dzisiaj, głośne zabawy dzieciarni miały swoich przeciwników w postaci nobliwych obywateli. Zlokalizowane za blokami nr 5 oraz 5a boisko do palanta zostało obsadzone krzakami, między którymi ustawiono tabliczki „szanuj zieleń”, a świętej pamięci pan Zygmunt Dusza, który tych nasadzeń dokonał, skrzętnie pilnował ciszy i spokoju pod swoimi oknami.
 

Tutaj kiedyś było boisko do gry w palanta


Kto nie załapał się do palantowej drużyny, siadał w kucki gdzieś z boku i kibicując wyjmował scyzoryk. Oczywiście, że nie po ty by mścić się na grających. Scyzoryk służył do gry w „cykwę” czyli podrzucania nożem z różnych układów dłoni a w efekcie miał zawsze wbić się w ziemię pionowo. Wspominając te chwile spoglądam na współczesne dzieci i bardzo mi ich żal. Komputery, konsole, platformy cyfrowe, kradną im dzieciństwo, zmuszając do ślęczenia przy bezdusznych urządzeniach.
 Rower- teraz w każdym domu jest ich po kilka, różnej wielkości w zależności od wieku. W czasie gdy towarzysz Gomułka grzmiał z czarnobiałego ekranu że „za sanacji staliśmy na skraju przepaści, a obecnie zrobiliśmy ogromny krok do przodu”, rower dla większości moich rówieśników był nieosiągalnym marzeniem. Jak ojciec miał jakiś poniemiecki sprzęt, to dzieciak jeździł na nim w pozycji „pod rurką”. Dzisiaj to widok nieznany. Większość zabawek robiło się własnym sumptem a wyobraźnia już była od tego, aby te sprzęty spełniały rolę nieosiągalnych celów naszych marzeń.
Parking przed dawnym budynkiem gazowni był areną niesamowitych wyścigów. Owalny klomb wyznaczał tor będący w naszej wyobraźni stadionem żużlowym, zaś motocykle zastępowały nam metalowe koła z grubej blachy z naciętymi od wewnątrz zębatkami. Za pomocą odpowiednio wygiętego stalowego pręta popychało się tego stalowego rumaka i biegło za nim cztery okrążenia wokół klombu. Każdy utożsamiał się z którymś z ówczesnych krośnieńskich żużlowców. Oczywiście prym wiedli legendarni bracia Owoce, którzy królowali wtenczas na czarnym torze i byli bożyszczami oraz chlubą wszystkich krośnian.   Koła „zdobywaliśmy” w  składnicy złomu na tzw. „WUDECIE”, korzystając z nieuwagi stróża i licznych dziur w siatce ogrodzeniowej.
 

wokół tego klombu odbywaly się slawetne wyścigi




Zapomniane dzisiaj „Wyścigi Pokoju” wraz takimi nazwiskami jak Królak, Szozda czy Szurkowski, wraz z marzeniami o własnym rowerze zaowocowały szałem kapslowych „kolarzy”. Na chodnikach pojawiły się malowane kredą wstęgi szos oblegane przez tłumy dzieciaków, namiętnie pstrykających w oznaczone flagami, obciążone plasteliną kapsle. Ogródek jordanowski pomiędzy ul. Naftową i Kolejową, przylegający trzecim bokiem do Krakowskiej był areną zabaw w Indian. Jako że w owych czasach kupowanie żywych kur na niedzielny obiad było powszechną praktyką, nie było problemów ze zdobyciem piór niezbędnych każdemu czerwonoskóremu Winetou. Do wyrobu łuków służyła leszczyna rosnąca na zboczu, za starym cmentarzem. Tam też zdobywaliśmy materiał na dmuchawy, czyli łodygi roślin pustych w środku. Dobierało się odpowiednia łodygę, tak aby otwór pasował do kulki jarzębiny i z tą południowoamerykańską „bronią” toczyliśmy międzyplemienne wojny. Tam w tym ogródku uczyliśmy się jeździć na rowerkach dostępnych w wypożyczalni. Stamtąd obserwowaliśmy transporty Armii Czerwonej ciągnące w stronę przejścia granicznego w Barwinku. Dla nas kilkuletnich dzieciaków był to widok niesamowity. Czołgi, amfibie, przeróżne wozy bojowe i dziesiątki ciężarówek z żołnierzami. Dziwiła nas postawa przesiadującego tam zawsze z książką siwego staruszka. Stał przerażony i mamrotał, że hańba i tym podobne słowa. Dopiero po latach dotarło do nas co to była „praska wiosna 1968”.



Kiedyś ogródek jordanowski, dzisiaj parking w budowie

Jako, że nasz rodak z sąsiedniej ulicy, władający wtedy Polską towarzysz „Wiesław” uznał iż cytrusy nie są socjalistycznemu społeczeństwu do niczego potrzebne, ponieważ kapusta kiszona jest niezwykle bogata w witaminę C, zapach pomarańczy nieodłącznie kojarzył się ze świętami Bożego Narodzenia. Wtedy tylko można było zdobyć te imperialistyczne owoce.



Kiedyś rósł tutaj sad pana Gabańskiego
Po drugiej stronie ulicy Naftowej był sad pana Gabańskiego, w sadzie tym rosły najsmaczniejsze papierówki na świecie. Takich smacznych jabłek, okupionych chwilą strachu nie można zapomnieć. Obok sadu stał stary, nieczynny budynek warsztatu, pełen tajemniczych maszyn i wszelkiego żelastwa. Pan Gabański hodował owce, które pasły się uwiązane na skwerku miedzy warsztatem a ośrodkiem zdrowia. Rodeo na grzbietach owiec to był nie lada wyczyn. Jakoś te zwierzaki nie chciały pełnić roli wierzchowców, zrzucały śmiałków i bodły niezwykle boleśnie. Gospodarz też nie miał zrozumienia i klnąc siarczyście ścigał nas od swojego stadka. Na drugim końcu ulicy, w miejscu gdzie obecnie znajdują się zadaszone perony dworca autobusowego stała piękna willa z 1910 roku, nawiązująca do stylu dworkowego, ze wspaniałym wielopołaciowym dachem, kamiennymi narożnikami i przyporami. Obok ciągnął się aż do kolejowych magazynów ogrodzony siatką sad. Za tą willą, w bezpośrednim sąsiedztwie dworca stała duża obskurna piwiarnia nazywana „Małpim Gajem”. W tym niezbyt renomowanym przybytku urządzaliśmy bardzo ryzykowne zabawy polegające na tym, że jeden z nas odwracał uwagę skupionego nad konsumpcją piwosza, i gdy ten odwrócił głowę, w kuflu lądowała żaba. Do dzisiaj dziwię się, że nigdy nie udało się nas w czasie tej zabawy złapać.


Dzisiaj perony PKS a dawniej sad przyległy do pięknej willi z 1910 roku
Jako, że samochody na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia nie były dobrem powszechnego użytku, polowaliśmy na przejeżdżające ulicą Krakowską konne furmanki. Należało podbiec i wskoczyć na wystający z tyłu wozu kawałek drąga. Jeżeli furman nie zauważył, to jechało się kilkaset metrów. Jeśli zauważył, to ryzykowało się oberwaniem batogiem po plecach. Wielką osobistością owych czasów, człowiekiem owianym legendą, był szef dwuosobowej firmy przewozowej – Jan Wójcik. Był to mężczyzna wysoki, mocarnie zbudowany. Na przedramionach nosił skórzane, sznurowane rzemieniem opaski. Razem ze swoim bratem Zbigniewem wozili konną platformą meble ze sklepu pani Ziomkowej w Rynku oraz z magazynów w Turaszówce. Zbigniew, w przeciwieństwie do brata, był chudy i żylasty. Jan był sławny ze swojej potężnej siły oraz niesamowitego apetytu. Potrafił sam za pomocą pasów wynieść pianino na czwarte piętro. Do legendy przeszedł jego zakład o to, że zje wiadro zupy. Stawką była butelka spirytusu. W szybkim tempie opróżnił przyniesione z restauracji „Centralna” dwunastolitrowe wiaderko, popił wygranym spirytusem, a na bis zjadł jeszcze bochenek chleba. Pamiętam jak ojciec kupił nową wersalkę i zabrał mnie ze sobą do magazynu w Turaszówce po odbiór. Miałem wtedy zaszczyt przejechać się platformą konną Flipa i Flapa, bo tak nazywaliśmy braci Wójcików. W pamięci utkwiły mi utyskiwania Jana na złe czasy, które według niego nastały. Żalił się do mojego ojca „Popatrz pan co się porobiło! Wypije sobie człowiek szklankę spirytusu, bo zimno siarczyste, a tu zaraz milicja się czepia, że niby człowiek pijany, straszne czasy panie nadeszły”.
Inną wzbudzającą podziw dzieciarni osobistością był właściciel kuźni przy ul. Ignacego Łukasiewicza pan Zajdel. Drepcząc codziennie do szkoły nr 6 przechodziliśmy obok tego szacownego zakładu, przed którym w kolejce ustawiali się furmani ze swoimi rumakami w oczekiwaniu na podkucie. Zerkaliśmy z ciekawością przez otwarte wrota podziwiając urządzenia zakładu, płonące palenisko z osmolonym okapem oraz naszego krośnieńskiego Hefajstosa rytmicznie uderzającego wielkim młotem w rozgrzane do białości żelazo. Koniecznie chcieliśmy zobaczyć sowę, którą według relacji starszych kolegów pan Zajdel hodował u siebie w kominie. Podpuszczani przez starszych i wtajemniczonych, czekaliśmy aż nastąpi przerwa w pracy i zwracaliśmy się do rzemieślnika : „Panie Kowalu, pokaże pan sowę?” Nasz Hefajstos popatrzył dobrotliwie, przywoływał ręką do siebie i pozwalał zerknąć do komina. Sowy nie było, za to cała twarz umorusana sadzą i rechot starszych kolegów. Niestety, nie było sowy a teraz nie ma już kuźni. Pan Zajdel zapewne podkuwa anielskie rumaki zaprzężone do niebiańskich rydwanów a iskry z jego kowadła jaśnieją gwiazdami w przestworzach.


Budynek starej kuźni pana Zajdla
Nabywając podstawowej umiejętności posługiwania się narzędziami na zajęciach praktyczno technicznych w szkolnej pracowni pod okiem niezapomnianej pani Władzi tworzyliśmy w piwnicznych warsztacikach naszych ojców całkiem niebezpieczną w dziecięcych rękach broń zwaną przez nas bolcówkami. Z kawałka deski wycinało się strzelbę lub pistolet, z drutu wyginało mechanizm spustowy i mocowało do strzelby. W sklepie rowerowym można było kupić gumę do wentyli w kilkudziesięciocentymetrowych odcinkach, a w sąsiednim sklepie żelaznym gwoździe w kształcie haczyków. Umocowana na końcu lufy guma po naciągnięciu zaczepiana była za przyciśnięty drutowym zamkiem haczyk. Naciśnięcie spustu rozluźniało docisk drutu do drewna i guma wyrzucała gwóźdź na znaczną odległość. Nie przypominam sobie groźniejszego wypadku z tą bronią, jednak siniaki i skaleczenia zdarzały się często. Podczas gdy dorośli oddawali się namiętnie hazardowej grze w karty w legendarnym klubie „Szklana grota” mieszczącym się w pałacyku obok Huty Szkła nr 1, wśród dzieciarni panowała moda na grę w dołki. Na ubitym, pozbawionym trawy gruncie wydłubywało się kilkucentymetrowy dołek. Z ustalonej odległości każdy grający rzucał monetą do dołka. Ten co rzucił najbliżej lub trafił do dołka, brał wszystkie monety i rzucał ponownie, tym razem wszystkimi na raz. To co wpadło do dołka było jego. Następnie pstrykając w najdalszą z monet starał się umieścić w dołku i tak do końca. W przypadku nie trafienia pstrykał następny z graczy.
Zegarek, w owych czasach rzecz luksusowa, do pierwszej komunii niedostępna. Trzeba było jednak jakieś rozeznanie w czasie posiadać i o odpowiedniej porze kończyć zabawę. Różnie z tym bywało. Przeważnie należało wracać do domu jak się ściemni. Niestety, gdy się ściemniło to zaczęły się świecić uliczne latarnie i zawsze można było powiedzieć, że przecież jest jasno. Rodzice ustalili zatem, że jak się owe latarnie zaświecą to bezwzględnie należy wracać w domowe pielesze. Jako, że potrzeba matką wynalazków, tak i my wynaleźliśmy sposób aby latarnie na całym odcinku ulicy Naftowej się nie zaświeciły. Sprawców rozbicia kilku latarń do dziś nie wykryto…
W zimie kto żyw brał sanki i szło się na „ciupki’. Były to zbocza nieopodal ulicy Krakowskiej, pomiędzy starą kaflarnią a domem rodzinnym Władysława Gomułki. Każda z tras miała swoją nazwę. Dzisiaj pamiętam tylko, że krótki stromy tor umieszczony w swoistym wąwozie nazywaliśmy „czarownicą”. Na stokach tworzyło się progi oraz inne przeszkody, urządzało, skoki i wyścigi. Ze starych łyżew oraz desek fabrykowaliśmy przeróżne ślizgacze osiągające duże prędkości na oblodzonych nawierzchniach. Mało kto używał sprzętu kupowanego w sklepie. Przeważnie rodzice lub znajomi, mający odpowiednie możliwości, z rurek, kształtowników i innego dostępnego w zakładach pracy materiału wytwarzali sprzęt o dużej wytrzymałości i dobrych osiągach. Piwnice w blokach służyły do przechowywania opału oraz ziemniaków. Zawsze jednak dało się wygospodarować pomieszczenie do którego wstawiało się starą wersalkę, kilka zdezelowanych taboretów, jakiś niepotrzebny stolik, no i stare lampowe radio wielkości telewizora z dużymi pokrętłami. Z drutu robiło się odpowiednią antenę i po wielu wysiłkach udawało się złapać radio Luksemburg. Dalej było jak w hitowym utworze „Perfektu” – „Autobiografii”, poznawaliśmy muzykę niedostępną ani w polskiej telewizji ani w radio, do czasu aż w trzecim programie nie nastały czasy Marka Niedźwieckiego i jego radiowej listy przebojów. Latem radio lub gramofon wynosiło się na trawnik, lub na dach i słuchało muzyki podczas opalania, sącząc wspaniałą oranżadę z wytwórni wód gazowanych pana Zborowskiego. Tego smaku jak i drucianego zamknięcia butelki nie sposób zapomnieć. W niedzielne przedpołudnia każdy posiadacz jednej złotówki szedł na film do Domu Kultury Górnika Naftowca. Wspaniały ten gmach powstał w okresie międzywojennym ze składek związkowców z krośnieńskich zakładów naftowych. Obecnie po przebudowie stanowi fragment Regionalnego Centrum Kultur Pogranicza. Dyrektorem tej wielce zasłużonej placówki był niezapomniany pan Wiktor Łącki, fanatyk teatru, popularyzator poezji i niestrudzony instruktor recytacji. W tym przybytku pełnym muz i artystycznego ducha, wielu dzisiejszych uznanych artystów malarzy uczyło się rysunku u mistrza nad mistrzami, twórcy pomnika Mikołaja Kopernika, autora kilkuset portretów znanych krośnian – Stanisława Kochanka. W piwnicach domu kultury funkcjonowała prężnie modelarnia, gdzie pod okiem niestrudzonego pana Krzanowskiego budowaliśmy modele latające, zaś obok odbywały się zajęcia z rytmiki.
Tam właśnie pod batutą legendy krośnieńskiej muzyki, wychowawcy kilku pokoleń artystów pana Adama Műnzbergera koncertował wspaniały Vitro Band. Pod okiem Mistrza Adama pierwsze kroki na scenie stawiała Lora Szafran oraz Robert Rozmus, dzisiaj niekwestionowane sławy i chluba naszego miasta. Obecnie pan Műnzberger prowadzi wraz z żoną własną prywatną szkołę muzyczną i co rusz spod ich skrzydeł wylatują następne talenty, a organizowane w jego uczelni koncerty uczniów i absolwentów to wspaniałe wydarzenia artystyczne. Jako młody nauczyciel muzyki w szkole podstawowej nr 6 oprócz programowych pieśni typu „Od Siewierza jechał wóz”, wprowadzał nas w tajniki jazzu oraz innej ideowo obcej muzyki. Do szkoły dojeżdżał rowerem typu składak z przedłużoną rurką pod siodełkiem, co przy jego niebanalnym wzroście wyglądało dość komicznie. Gdy dorobił się fiata 126p, patrzyliśmy z podziwem jak wbija się do środka i jedzie z kolanami wyżej kierownicy.
Obok biurowca Zakładu Naprawczego Urządzeń Naftowych (dzisiejszy Zakład Urządzeń Naftowych i Gazowniczych) funkcjonował „Klub Techniki”. Teraz w tym budynku mieści się sklep. Miejsce to było magiczne. Spędzaliśmy tam wieczory przy jedynym w okolicy kolorowym telewizorze, w kawiarni na pięterku, czekając na swoją kolejkę do bilardu z grzybkiem. W Sali koncertowej odbywały się wspaniałe maratony jazzowe. Pamiętam jak przyjechał raz nikomu nie znany leningradzki big band. Muzycy ubrani w czerwone marynarki i czerwone krawaty wzbudzili ogólny śmiech i gwizdy. Do czasu aż nie zaczęli grać. Wtedy nastała kamienna cisza. Nikt nawet nie drgnął i jak się wówczas mówiło: „kopary wszystkim opadły”. Takiej muzyki na co dzień się nie słyszało. W efekcie, zamiast po planowanej godzinie grania, muzycy zeszli ze sceny grubo po północy, bez marynarek, bez krawatów, ledwo powłócząc nogami. Kierownikiem klubu był pan Kubit powszechnie znany jako Wujek Bomba z racji wielkiej postury oraz ogromnego brzucha. Stałym bywalcem, wprost domownikiem oraz szarą eminencją, człowiekiem niesłychanie wpływowym w tym przybytku kultury był suwnicowy z ZUNiGu Władek Sukiennik. Tam po prostu nie wypadało nie bywać.



Kiedyś Klub Techniki - dzisiaj delikatesy
Spacerując ulicą Naftową, Kolejową, Krakowską, wracam pamięcią do tych miejsc i ludzi wśród których spędziłem tamte wspaniałe lata. Niewiele pozostało z owych czasów. To już inna ulica, inni ludzie. Tamten świat odszedł robiąc miejsce współczesności. Czy lepszej? Z pewnością innej.
Tadeusz Gajewski
 
  stronę odwiedziło już 33983 odwiedzający (76210 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=