Tadeusz Gajewski
  Spacer po Krośnie Bona facile mutantur in peius
 
Spacer po Krośnie
 
Bona facile mutantur in peius
 
 
 
 
 
 

                       Pierwsze dni wiosny to wspaniały czas na rozruszanie zastygłych stawów. Przyjemne ciepło coraz wyższego słońca skłania do spacerów i rozmyślań, snucia planów na najbliższe dni. Ruszyłem więc podreptać po mieście, podglądnąć co miedzy starymi murami nowego. Cudownie tak sobie dreptać i planować, czego to ja nie dokonam w najbliższych dniach w moim ogrodzie, jak kapryśna aura pozwoli. W Rynku spotkałem redaktora „Neona”, Przemka Polańskiego i zaduma się skończyła. Zaczęła się debata na temat co, gdzie i kiedy w Krośnie stało, kto zbudował, kiedy spłonęło lub zostało w inny sposób unicestwione. Momentami debata przechodziła w ostrą wymianę zdań Przy okazji wstąpiliśmy do BWA by obejrzeć wystawę, o której wiele słyszałem. W progu przywitał nas dobry duch tego przybytku, zawsze dobrotliwie uśmiechnięty pan Marek Burdzy. Wielkie, czarno białe fotogramy przedstawiające nagie kobiece ciała, tak subtelne, delikatne, wymowne swą symboliką, bardzo wiosenne, optymistyczne, nie zawierające ani krzty wulgarności. Prawdziwa uczta estetyki. Do pełnego szczęścia zabrakło tylko odrobiny czerwonego aromatycznego wina. Niestety, pora dnia nie ta i czekający na parkingu samochód. Trzeba obejść się ze smakiem.

                    Podreptaliśmy w kierunku Pałacu Biskupiego tocząc ponownie zawziętą dyskusję, przerwaną krótką wizytą w galerii sztuki. Już prawie skoczyliśmy sobie do oczu rozprawiając o kwestiach urbanistycznych, gdy na wysokości dawnej rozlewni piwa (był onegdaj w Krośnie taki przybytek) dopadł nas Naczelny Redaktor Neona Łukasz Zajdel uzbrojony w nieodłączny aparat fotograficzny. „Wy tutaj kłócicie się, że na pół miasta was słychać a samochód zostawiony na światłach, ciekawe kto będzie później pchał”. No tak, jeszcze chwilka i po akumulatorze. „A może by tak zostawić samochód i skoczyć do Blondyna na małe co nieco?” rzuciłem ukradkiem. „Piwa bym się napił” wtrącił naczelny, „Takie piękne słońce, że szkoda schodzić do piwnic, odpuśćmy sobie wizytę u Blondyna na gorszą pogodę” wycedził przez zęby Przemek. No a za mną coś ewidentnie chodziło, sam nie wiem co, jednak było to silne tak, że dywagowałem „coś by zjeść albo i się napić, tylko co? Może coś regionalnego, wiosennego? Co wam się kojarzy z Krosnem w marcu?”  Przemek zamyślił się tak, że aż zmarszczki mu wylazły na czoło „koty, no i dziury w jezdni”. Spojrzałem na budynek dawnej rozlewni i olśniło mnie „a o słynnym piwie krośnieńskim marcowym to panowie redaktorzy nie słyszeli?”  

          Jako, że w Krośnie piwa obecnie nikt nie warzy, zaglądnijmy na karty Lustracji Województwa Ruskiego 1661 – 1665. Tam na stronie trzechsetnej wyczytać można, że w mieście funkcjonuje tylko jeden browar a i nie zawsze w nim piwo warzą. Za to na stronie następnej zeznają mieszczanie przed komisją królewską, że w szesnastym wieku „tym się miasto sławiło, że do Krakowa piwo marcowe wożono i tam sprzedawać się je godziło, gdyż było browarów plus vel minus trzydzieści, że w środy i w soboty jak w targ nie mógł się przecisnąć przed wozami, które z różnych wsiów przychodziły po piwa, co mieszczanów trzymało i Rzeczypospolitej skarb rósł”.

A wszystko to dzięki przywilejom królewskim z 1533 roku, pozwalającym mieszczanom krośnieńskim piwo warzyć i gorzałkę palić, z zastrzeżeniem iż dochód z gorzałki na naprawę murów miał być obrócony, takoż na utrzymanie organisty. Miłościwie nam panujący król Stefan Batory przywileje owe umocnił wprowadzając w Roku Pańskim 1578 zakaz sprowadzania i handlu w Krośnie piwem obcej produkcji.

                    Tak to oprócz browaru miejskiego, wzmiankowanego w księgach grodzkich w roku 1585 na okoliczność oddania go w dzierżawę ślusarzowi Janowi Malinowskiemu prosperowało w mieście około trzydziestu innych warzelni piwa. Poza koncesjonowanymi zakładami złocisty napój wyrabiali na użytek własny niemal wszyscy mieszczanie. Piwo było w owych czasach najpopularniejszym napojem, jako że cenowo diametralnie odbiegało od drogiego importowanego wina, na które stać było tylko szlachtę i zamożniejszych mieszczan, piwo zaś pili wszyscy, nawet pospólstwo.

W obrębie murów funkcjonowały tylko cztery browary. Piwowar Grzegorz warzył piwo przy ulicy Piekarskiej do roku 1599, przy Szewskiej zaś Marcin. Dwie warzelnie zlokalizowane były przy Sukienniczej, należały do Macieja Kuli i Wojciecha Stachaczka, który słynął z najprzedniejszych gatunków piw. Większość zakładów umiejscowionych było na przedmieściach, stwarzały bowiem ogromne zagrożenie. Palenie gorzałki czy warzenie piwa doprowadziło do wielu pożarów. W kwietniu 1576 roku wtrącono do lochu piwowara Macieja, dopuścił się bowiem zaniedbań w dzierżawionym od Anny Mararowej Browarze i doprowadził do wybuchu instalacji warzelniczej. Zniszczeniu uległ surowiec oraz sprzęty, spłonął pokaźny zapas słodu. Samo zboże, które zgorzało wyceniono na dwadzieścia sześć grzywien i trzy grosze. Nieszczęśnikowi zajęto majątek w postaci nieruchomości oraz gotowiznę. Nie pokryło to jednak strat. Wyszedł z więzienia za poręczeniem sukiennika Adama Glemięzy i ślusarza Walentego. W wyniku eksmisji Maciej został wyrzucony na bruk i wkrótce pomarł, zostawiając wdowie pokaźne długi.

Pomimo iż warzenie piwa i palenie gorzałki przynosiło krociowe zyski, jednak to nie gorzelnicy i piwowarzy bogacili się. Podatki od tych towarów były drakońskie a instalacje oraz sprzęty niezmiernie kosztowne. Chwila nieuwagi lub powierzenie prac nieodpowiedzialnym pomocnikom kończyło się utratą całego dorobku a niejednokrotnie znacznymi długami, bowiem piwowarzy warzyli trunki z powierzonego surowca.

Bogatsi mieszczanie posiadali instalacje warzelnicze na tyłach domostw w dobudowanych oficynach. Wytwarzali piwo na użytek domowy a nadwyżki zbywali karczmarzom oraz innym mieszczanom posiadającym prawo wyszynku. Bardzo rozpowszechniona była sprzedaż okienkowa, czyli prowadzona z okna kamienicy.

                 Najstarszy browar, uwieczniony w miejskich księgach funkcjonował przynajmniej od połowy piętnastego wieku na tyłach kamienicy Macieja Grosschadela, krośnieńskiego kuśnierza. Ten to Maciej w roku 1531 sprzedał go swojemu pasierbowi Łukaszowi Krosnerowi. Wleźmy sobie do takiego browaru. Ciekawe co tam zastaniemy...

Na pierwszym planie będzie kocioł warzelniczy. Wszystkie kotły były jednakowe, podlegały normalizacji, od nich bowiem zależał wymiar czopowego czyli podatku. W zależności od wielkości firmy były to browary z jednym, dwoma lub trzema kotłami. W inwentarzu jednej z kamienic można wyczytać iż na wyposażenie browaru składało się: trzy kadzie, dwa wiadra, nowa lina, koło do ciągnięcia wody ze studni, przecierów używanych trzy, koryt pięć dobrych, kosz nowy do chmielu, kadź do zalewania słodów, korytek dwa do przekładania, rynienek do wody dwie, cebrów do noszenia piwa pięć, kijów do noszenia beczek cztery, kocioł do robienia piwa o uchach żelaznych trzech, kocioł do smażenia chmielu mniejszy, suszarnia do słodów suszenia, wilków żelaznych dwa pod kotłem, nalewek cztery, półmacków dwa, jeden starej miary, drugi nowej, przecier do miodu jeden, przecierek mały do młóta.

          Piwo było towarem niezwykle uniwersalnym, wywożono je by sprzedawać na rynkach zewnętrznych, jednak ogromna część produkcji zbywana była w samym mieście i okolicznych wsiach. Dużymi odbiorcami tego napitku byli okoliczni karczmarze i szynkarze. Słynne piwo krośnieńskie zwane marcowym łechtało przyjemnie podniebienia podróżnych zatrzymujących się w zlokalizowanych na przedmieściach krośnieńskich karczmach i zajazdach. W nich to zatrzymywali się kupcy z dalekich miast i krain a sława marcowego piwa wraz z nimi szła w świat. Krośnieńskie karczmy cieszyły się dobrą renomą, zapewniały wikt i opierunek, noclegi, naprawy wozów, uprzęży. Specyfiką naszych karczm były również przystępne ceny dwu do sześciu razy niższe niż oferowane przez takie same przybytki w krajach ościennych. Karczmy najczęściej należały do bogatych kupców i rzemieślników oraz okolicznej szlachty. Dzierżawcy zwani oberżystami sprzedawali głównie napoje alkoholowe, jednak zatrudniali również kucharzy czyli coctor albo culinarius. Bardziej ekskluzywne gospody i jadłodajnie znajdowały się w obrębie murów. Z ich usług korzystali bogatsi kupcy zatrzymujący się w Krośnie. Najbardziej znanym „restauratorem” był Maciej Piorunczu, prowadzący ekskluzywną jadłodajnię dla podróżnych. W roku 1600 zakupił za 110 grzywien rolę z ogrodem od Stanisława Synowca. Maciej cieszył się w mieście dużym autorytetem, skoro rada powierzyła mu opiekę nad sierotą Anną Promieńską.

Wraz z upadkiem miasta końcem siedemnastego wieku upadło również browarnictwo. Wielebny Ksiądz Władysław Sarna pisząc końcem dziewiętnastego wieku swój słynny „Opis Powiatu Krośnieńskiego” o krośnieńskich browarnikach   nawet nie wspomina. Teraz chcąc skosztować złocistego trunku skazani jesteśmy na obcą produkcję. Dziś piwosze już nie mają szans na ugaszenie pragnienia wspaniałym krośnieńskim marcowym piwem.

 

                   Łazimy tak po ulicach już dobrą chwilę a co rusz przemyka obok jakiś samochód ozdobiony co raz to innym logo znanych kampanii piwowarskich. Nazwy znajome od lat, jednak za swojskimi markami jak „Tyskie”, „Lech”, „Zagłoba”, „Żywiec”, kryją się zachodnie koncerny piwowarskie z Niemiec czy dalekich Niderlandów. A kiedyś polskie piwo było polskim piwem, w krośnieńskich ogrodach nad Wisłokiem i Lubatówką stały smukłe tyki po których ku słońcu pięły się chmielowe łodygi, zapach świeżego piwa wypełniał staromiejskie uliczki, ludzie podchmieleni byli zapewne trochę weselsi i nie gnali tak na oślep jak dzisiaj.

 

                 „Popatrz” - wtrącił Łukasz- „Jacy dziwnie smutni ludzie”. Spojrzeliśmy we wskazaną stronę, z jednej z krośnieńskich restauracji wyszła grupka rzeczywiście smętnie wyglądających, nobliwych mieszczan. To komisja do spraw rozwiązywania problemów alkoholowych w trakcie czynności służbowych, czyli cyklicznych kontroli lokali gastronomicznych pod kątem przestrzegania ustawy o przeciwdziałaniu alkoholizmowi. „Straszny widok, dlaczego oni tacy smutni?” spytał Przemek. „Bo trzeźwi” odrzekłem, „No bo jak można patrzeć na rzeczywistość tak całkiem na trzeźwo?, chodźmy lepiej do Blondyna na piwo, bo jeszcze i nam się udzieli” Dobre piwo nigdy nie jest złe, a to co dobre, łatwo zamienia się na gorsze.

( Tylko co z autem? Najwyżej poczeka do jutra, taksówkarze też potrzebują zarobić)

Tadeusz Gajewski

 

 
  stronę odwiedziło już 33023 odwiedzający (74362 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=