Tadeusz Gajewski
  Spacer po Krośnie "in aqua sanitas"
 
Spacer po Krośnie
 
 
„In aqua sanitas”
 
 
                     Człowiek w pewnym wieku jest jak stary samochód, wymaga częstych kontroli i zabiegów. Okres przedświąteczny to dobry czas aby zbadać cholesterol i trój glicerydy, uzupełnić witaminy i mikroelementy, sprawdzić na ile można sobie pozwolić przy świątecznym stole. Nie zawadzi też przyciąć resztek włosów. Co niektórzy (osobiście takich nie znam ale słyszałem, że są) w tym czasie zażywają jedynej w roku przed wielkanocnej kąpieli. Podobno jeden góral dzięki takiej kąpieli odnalazł koszulę, której szukał przez całą zimę. Była pod serdakiem, na grzbiecie. Ile w tym prawdy, nie wiem, ale analizując zapachy pasterskich szałasów, to coś w tym jest.
                    Wybrałem się więc i ja, by starym obyczajem poddać swoje organy wewnętrzne okresowemu przeglądowi. Niestety, jak na złość, takich jak ja była cała poczekalnia u mojego rodzinnego medyka, jak pech to pech, zawędrowałem więc do salonu pani Fredzi, celem przycięcia czegoś, co przed laty można było nazwać czupryną. Tutaj też tłoczno. Ze zdrowych i przyjemnych rzeczy pozostał spacer. No, w tym to już mi nic nie przeszkodzi. Udajmy się więc w magiczne uliczki Królewskiego Wolnego Miasta Krosna. Wszędzie czuć wiosenną krzątaninę, pracownicy służb komunalnych usuwają z chodników resztki piasku, a ludziska pędzą na oślep, jakby ktoś ich gonił, a ja sobie drepczę powoli przez Rynek w kierunku Zjazdowej. To gdzieś w tym miejscu, w sąsiedztwie fary było coś, co dzisiaj nazywało by się gabinetem odnowy biologicznej, albo z zachodnia – SPA. W średniowieczu była to miejska łaźnia. Słowianie jeszcze w czasach wczesnośredniowiecznych powszechnie użytkowali parowe łaźnie, czym wprowadzali w stan wielkiego zdziwienia rzymskich kupców i podróżników. Sądzili oni bowiem iż ludy barbarzyńskie nie dbają o higienę. Rzeczywistość jednak była inna, dopiero w epoce oświecenia, zachodnią modą nastały czasy powszechnego brudu i smrodu.
               Jako, że Królewskie Wolne Miasto Krosno posiadało wodociągi, łaźnia miejska była obiektem nowoczesnym i oferowała szeroką gamę usług higienicznych, zdrowotnych, kosmetycznych i rozrywkowych. Zamożni patrycjusze zażywali kąpieli często, bo ich na to było stać, ubożsi czeladnicy raz na dwa tygodnie, tak bowiem bywało w zwyczaju oraz w zapisach niektórych statutów cechowych. Biedota wzorem niemieckiego obyczaju chodziła do łaźni dzięki sponsorom, za których była obowiązana odmawiać później pacierze.
              W zależności od upodobań, średniowieczna łaźnia serwowała kilka rodzajów kąpieli. Kąpiel parowa polegała na przebywaniu w pomieszczeniu z rozgrzanymi kamieniami polewanymi wodą a następnie chłostaniu chwostakami. Były to zabiegi relaksacyjne. Były też pomieszczenia z wannami oraz kadzidłami. . W łaźni urządzano przyjęcia, kąpiele przedślubne, coś jak obecne wieczory kawalerskie czy panieńskie. Krośnieńska łaźnia z pewnością istniała początkiem szesnastego wieku, bo wtedy pojawiły się pierwsze zapisy w księgach. Zapewne była wcześniej, nawet w okresie przed lokacyjnym, bo istnienie łaźni w słowiańskich osadach było zwyczajowe. Był to obiekt miejski, dzierżawiony łaziebnikom w zamian za czynsz roczny w wysokości dwunastu grzywien, płatnych w dwóch ratach, na Wielkanoc i na św. Michała. Łaziebnik był głównym dzierżawcą, jednak oprócz niego w przybytku tym pracował balwierz, cyrulik, medyk. Wszyscy w ustalonych proporcjach partycypowali w zyskach i ponosili opłaty dzierżawne. W roku 1570 wybudowano nową łaźnię na Przedmieściu Krakowskim i tam przeniesiono ów przybytek zdrowia i higieny. Jeden z łaziebników, Walenty Skrzęt był wielozawodowcem, wykonywał równocześnie jeszcze profesję cyrulika i balwierza, jednak w Roku Pańskim 1575 zrezygnował z części obowiązków na rzecz Kaspra Cyrulika. W późniejszych latach również księgi odnotowują łaziebników parających się więcej niż jednym fachem.
                 Cyrulicy oraz medycy cieszyli się wśród mieszczan wielkim autorytetem. Głównym zajęciem cyrulika było puszczanie krwi, rwanie zębów i opatrywanie ran. stawianie baniek. Balwierz strzygł, golił. Niejednokrotnie profesje te uzupełniały się a wiele źródeł używa obu tych nazw fachów zamiennie. Osobną grupą byli medycy z wykształceniem uniwersyteckim. Wyobraźmy sobie szesnastowieczne Krosno. Uliczkami biegnie łaziebniany pachołek i uderza kijem w miednicę, daje tym znać, że kąpiel w łaźni gotowa i umówieni mieszczanie mogą się udać na wodolecznicze i higieniczne zabiegi. Przed budynkiem cyrulik uzbrojony w puszczadło otwiera mieszczce żyłę i po ściskanym w jej dłoni kiju krew spływa do podstawionej miski. Puszczanie krwi było w owych czasach panaceum na większość dolegliwości, wiosną również stosowano je profilaktycznie. Inną metodą, stosowaną jeszcze do niedawna (sam pamiętam w aptece przy ulicy Kolejowej słój z tymi zwierzętami stojący na ladzie) było stawianie pijawek. Do dzisiejszych czasów z tamtych praktyk zachowało się również stawianie baniek, jeszcze niedawno negowane przez niektórych lekarzy, obecnie przeżywa swój renesans. Podstawowym środkiem na rany, była pajęczyna zmieszana z chlebem i ludzką śliną, podobno skuteczna. Takimi metodami w Roku Pańskim 1575 Kacper cyrulik wyleczył z ran Wojciecha, który był służącym Jaśnie Wielmożnego Pana Wojciecha Rokosowskiego. Kacper dzięki swojej skuteczności zyskał sławę i uznanie, w przeciwieństwie do cyrulika Piotra, którego liczne błędy medyczne i zaniedbania podczas jego praktyki zawodowej w latach 1576 do 1579 sprawiły iż był przez pacjentów oskarżany i musiał często tłumaczyć się przed sądami. Dopuścił się również ów cyrulik wielkiej niegodziwości zadając gwałt Zofii, żonie krawca Jakuba Krotochwili. Usługi medyczne były bardzo kosztowne. Mikołaj Klamunt zapłacił cyrulikowi Krzysztofowi za kurację dwadzieścia złotych, co było sumą niebagatelną. Kiedy woźny sądowy Wawrzyniec Surma przegrał proces o poranienie, musiał zwrócić pokrzywdzonemu Stanisławowi Rożkowi koszty leczenia w wysokości pięciu złotych.
               Początkiem siedemnastego wieku zaczęli się w Krośnie osiedlać wysoko wykwalifikowani lekarze. Pierwszym medykiem z tytułem doktora był urodzony w Rzymie Mutius Cantelii. Nabył on w Roku Pańskim 1609 kamienicę w Rynku. Był osobą o niesłychanej jak na tę profesję zamożności, cieszył się ogromną sławą. Archiwa wspominają o nim „excelens dominus Mutius Cantellus Romanus Italus, facultatis medicinae doktor, civis Crosnensis”. Posiadał folwark na Przedmieściu Krakowskim. W późniejszych latach zakupił nieruchomości w Przemyślu za ogromną kwotę tysiąca pięciuset złotych. Syn Mutiusa prowadził w Krośnie aptekę. Współpracownikiem Cantellusa był prawdopodobnie krewniak królewskiego lekarza zatrudnionego u Zygmunta Trzeciego oraz Władysława Czwartego, Donatus de Rubeis Italus, civis Crosnensis. Doktor Donatus osiedliwszy się w Krośnie ożenił się z córką aptekarza Filipa Korbanowica – Reginą. Za wniesiony przez Reginę posag zakupił mały folwarczek na przedmieściu.
                  Jako, że w owych czasach Królewskie Wolne Miasto Krosno słynęło z zamożności w całej Europie, ściągali doń z wszystkich stron świata przeróżni domokrążcy, wędrowni medycy, uzdrowiciele. Skutki ich działalności były wszelakie. Jedni osiągali sukcesy inni ponosili sromotną klęskę o czym wspominają akta ławnicze i magistrackie.
Pochodzący z Frankonii okulista Karol został oskarżony i postawiony przed sądem przez dwie damy, Zofię z Brzozowa oraz Dorotę z Sanoka. Medyk ów obiecał owym mieszczkom iż po jego kuracji niechybnie przejrzą na oczy, co jednak się nie stało. Sąd nakazał zwrot poniesionych na leczenie kosztów w postaci wystawienia obligacji płatnej, jeżeli w ciągu czterech lat nie przejrzą. Zofia z Odrzykonia czternaście lat cierpiała na ślepotę. Wyleczył ją, o czym zaświadczają księgi miejskie, Jan Szwarcz, okulista, który do Krosna przywędrował z Czech.
                     Jako, że z nastaniem epoki oświecenia królowała zasada iż „częste mycie skraca życie, skóra się ściera i człowiek umiera”, higiena w społeczeństwie znacząco podupadła. Zamiast częstych kąpieli modne zaczęły być zachodnim wzorem zapchlone peruki oraz młoteczki do zabijania wszy. Smród, jaki niewątpliwie panował wszędzie, zabijano mocnymi wodami kolońskimi tudzież innymi pachnącymi wódkami. Osoby dbające o higienę uchodziły za dziwaków.
                     W Krośnie do dziewiętnastego wieku obowiązywał zakaz osiedlania się Żydów. Pierwsi Izraelici pojawili się tu prawdopodobnie w 1385 r. Byli to bracia Nachem i Lazar z Ransburga, którym król Jagiełło pozwolił osiedlić się na trzy lata w naszym grodzie. W roku 1569 miasto otrzymało przywilej „de non tolerandis Judaeis”, potwierdzony w 1614 r. Gdy tylko moc przywileju wygasła i władze pozwoliły się osiedlać Żydom, zbudowali w mieście synagogę a wraz z nią mykwę czyli rytualną łaźnię. Krośnieńska mykwa usytuowana była w miejscu gdzie obecnie znajduje się hala sportowa Karpat, przy ulicy Legionów. Starozakonni nie ulegli barokowym modom, restrykcyjnie przestrzegali nakazów higienicznych, zobowiązujących ich do cyklicznych kąpieli.
                     Dopiero odkrycie bakterii oraz udowodnienie ich chorobotwórczych właściwości przywróciło higienie jej należne miejsce. Jako, ze stare budownictwo nie posiadało pomieszczeń przystosowanych do celów łazienkowych, funkcjonowała w Krośnie łaźnia publiczna jeszcze w latach siedemdziesiątych. Mieściła się obok hali sportowej poniżej ulicy Blich. Rozpowszechnienie się prywatnych łazienek doprowadziło do likwidacji tego przybytku.
                    W latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku   ruszyło w Krośnie budownictwo wielorodzinne. Standardem było wyposażenie mieszkań w łazienki. Rozbudowujące się zakłady potrzebowały robotników. Ściągano więc z najdalszych wsi kogo tylko się dało. Pamiętam z dzieciństwa opowieści o tym, z jakimi oporami nowi lokatorzy bloków mieszkalnych poznawali prawidłowe funkcje urządzeń sanitarnych. Teksty typu, że „nawet pies aby się załatwić, to z chałupy wychodzi, a gospodarz, we własnym domu ma smrodzić? Nie godzi się.”- były na porządku dziennym. Długo niektórych trzeba było uświadamiać, że nie uchodzi na osiedlu krzaków paskudzić odchodami a spłuczka w muszli nie służy do opłukiwania ziemniaków, w wannie nie trzyma się węgla ani prosiaka. No ale to dawne czasy. Teraz nawet w najdalszych, ukrytych w górach wioskach, elegancka łazienka to norma.
                    Czas kończyć spacer, pora wrócić w domowe pielesze, zanurzyć się w ciepłej wodzie i poleżeć sobie kwadransik, nic tak dobrze nie wpływa na świetne samopoczucie, jak spacer zwieńczony relaksującą kąpielą, no , może do tego jeszcze kieliszek węgierskiego wina przed zaśnięciem. I nie słuchajcie głupot, że brud do milimetra grubości jest nieszkodliwy a powyżej sam odpada...
 
Tadeusz Gajewski
 
                    
            
 
  stronę odwiedziło już 33023 odwiedzający (74364 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=