Tadeusz Gajewski
  Spacer po Krośnie Non est bonum vivere, sed bene vivere
 
Spacer po Krośnie
 
 
                Późna jesień to niewątpliwie czas refleksji związany z przemijaniem. Czas schyłku, końca. Dla mnie, człowieka z zasady przewrotnego będzie to idealna pora by zastanowić się nad fenomenem początku.
                Na początku było słowo… Tak biblia rzecz ujmuje, podobnie powie poeta, prozaik. Rysownik zapewne będzie upierał się przy twierdzeniu, że na początku była kreska, malarz optował będzie za plamą, rzeźbiarz napomknie o surowej bryle lipowego kloca…A cóż na to człowiek tutejszy? Obywatel Królewskiego Wolnego Miasta Krosna nieuleczalnie zakochany w tej ziemi, na tak zadane pytanie może powiedzieć tylko jedno słowo: Zawodzie. To w tej cichej willowej obecnie dzielnicy, pełnej wysmakowanych domów i zadbanych ogrodów wszystko ponoć się zaczęło. Ponoć, albowiem czasy w których zaczniemy nasz kolejny spacer po Krośnie nie były bogate w pismo, jednak legend, mrocznych podań, ludowych bajań niosły ze sobą co nie miara. W czasach owych wzgórza i doliny przedzielone wartką wstęgą Wisłoka puszcza pierwotna porastała. Ludy puszczę zamieszkujące ciężki żywot wiodły. Wprawdzie wszyscy jednaką na pozór mowę mieli, niewiele się różniącą, jednak ci po północno zachodniej stronie rzeki do polańskiego plemienia należeli i od legendarnego Lecha swój ród wywodzili, ci zaś z południowego wschodu od brata lechowego o imieniu Rus pochodzenie swe wspominali.

Żyli zatem ludkowie owi w puszczy biednie, aczkolwiek bezpiecznie, bo licznym bogom i duchom, których w ostępach leśnych całe bogactwo było, cześć należną oddawali a i ofiary godne, całopalne (o porach wiadomych wiedzącym żercom) składali. Swoją daninę w porę zarówno groźny  i wszystkowidzący Światowid pobierał, jak i wszechmocna Łada oraz Swarożyc. Gaje dębowe, które bogom za pomieszkanie służyły, należną czcią i opieką otoczone były. Pory roku, fazy księżyca, wschody i zachody słońca, tok życia słowiańskim mieszkańcom tych ziem wyznaczały.


I byłoby tak do dzisiaj, jednak nadchodził czas zmian zapowiadany od lat przez wróżbitów i wiedźmy mądre, co przyszłość opowiedzieć potrafiły. Kupcy ciągnący z jantarem do krain dalekich wspominali nie raz o wszechpotężnym Bogu co na niego Chryst mówili, którego wiele ludów przyjęło, bogów swoich precz przegnawszy. Nie obawiali się tego Chrysta ani kmiecie, ani woje, ani sam władyka, wszak puszczańscy bogowie w tej niedostępnej górskiej krainie wielką władzę mieli, święty ogień ofiary z wołów i owiec trawił a drewniany częstokół okalający osadę Krostą lub Krostnem zwaną ( nikt dziś nie pamięta jak naprawdę gród się zwał) bezpieczeństwo przed obcym najazdem zapewniał. Nie wiedzieli jednak że, potężny, zasiadający na gnieźnieńskim stolcu kneź Mieszko wszystko już postanowił. Z dalekiej Pragi sprowadził uczonych wyznawców Chrysta i dwór jak i drużynę świętą wodą skropić kazał. Od tej chwili obok orła po wsze czasy znak chrystowego krzyża nad ziemiami Piastów panował. Legły pod toporami chramy bóstw puszczańskich, spadły posągi Światowida, wieczny ogień na ołtarzach wygasać zaczynał. Jednak na dalekim pograniczu słowiańskie ludy długo jeszcze w puszczy bogom prastarym schronienie zapewniały o nowym, absolutnym władcy ziemi i niebios wiedzy nijakiej nie mając.



               Aż nastał rok 997 od narodzenia owego Chrystusa liczony. Z dalekiej Pragi gdzie Czechowie dumni na Hradcu zasiadali, dziwny orszak do krainy Polan wyruszył. Kilku mężczyzn odzianych w długie szare suknie, przepasane powrozami, głowy nakryte spiczastymi kapturami, w rękach kostury zwieńczone znakiem krzyża. Na czele grupy stał mąż postawny, pochodzący z książęcego rodu Sławnikowiców. Był szóstym synem Sławnika, pana na Libicach oraz pochodzącej z Przemyślidów Strzyżysławy. Człek to był bezkompromisowy. Wszędzie głosił słowo boże, odstępców i niedowiarków srodze krytykował. Jak podają uczeni kronikarze, biskup Wojciech (bo tak ów mąż się nazywał) nie był osobą lubianą ani w Rzymie ani w Pradze. Zbyt rozpustnym patrycjuszom za skórę zalazł, bezbożność im wytykając. Mnich ów za namową swojego dalekiego krewnego – księcia Bolesława zwanego Chrobrym, udawał się do Gniezna by stamtąd nieść słowo pogańskim Prusom. Pielgrzymi ponoć drogę obrali przez kraj dzierżony ręką Arpadów, co mowę tak dziwną mają iż nijak zrozumieć ich nie szło. Madziarowie owi znali Wojciecha. On to bowiem ponoć wodą świętą ich króla Stefana skropił. Mnisi przez przełęcz Karpaty przekroczyli, ominąwszy Cergową Górę, masyw upiorny, gdzie wszelkie zło schronienie miało w jaskiniach przepastnych, na północ, w głąb krainy Polan się udali. Jako że pora roku taka była, że słońce długo na niebie świeciło a noc najkrótsza w roku się zapowiadała, dotarł orszak przed zmierzchem do miejsca gdzie na wzgórzu ponad wstęgą rzeki Wisłok osada stała, Krostnem zwana.
Wielkie zamieszanie pobożni wędrowcy ujrzeli nad brzegiem rzeki. Kmiecie drwa w stosy układali, panny wianki wiły. Wszyscy raz to w nurt rzeki wchodzili by zdrowie i pomyślność zyskać, znów to przez ogień skakali by z wszelkiego zła się oczyścić. Dziewki wianki z płonącym łuczywem w nurt ciskały a podrostki z wody wyłapywali owe zielska. Noc Kupały trwała.



Obyczaj nakazywał aby w tę noc jeden ze świętych dębów rosnących na wzgórzu toporami zrąbać, by na świętym stosie ku czci słońca zgorzał. Udali się strażnicy ognia ku dębom a wraz z nimi cała gawiedź. Poszli też i mnisi z dalekiego kraju. Gdy tylko drwal topór podniósł by w drzewo uderzyć,  Wojciech dłoń z krzyżem podnosił ku niebu i topór z rąk drwala wylatywał z siłą ogromną i hen daleko spadał. Zatrwożyli się kapłani ognia, takoż woje i starsi grodu. Wtedy Wojciech rzekł, aby dębów ścinać się nie ważyli, bo przyjdzie czas, kiedy pośród tych drzew stanie świątynia Boga Jedynego, który na wieki wieków panował będzie.

 Sceptycy mówią, że z tym Świętym Wojciechem to tylko legenda, że trochę nie po drodze mu było, no i że nie ma pisanych dowodów na istnienie w tym miejscu osady w pierwszym tysiącleciu… Tylko jak wytłumaczą znaleziony podczas badań archeologicznych metalowy krzyżyk z dziesiątego wieku?
Ile w tej opowieści prawdy a ile bajania? A kto to wie… Pewnym jest, że w miejscu tym, w krośnieńskiej dzielnicy Zawodzie stoi piętnastowieczny drewniany kościół pod wezwaniem Świętego Wojciecha. Kto go postawił nie jest do końca pewne, ani czy to był pierwszy kościół w tym miejscu. Z pewnością nie. Wszak Zawodzie było krośnieńską osadą przed lokacyjną, zanim Kazimierz Wielki nie osadził miasta po drugiej stronie Wisłoka, czyli tam gdzie budowle staromiejskie stoją po dzień dzisiejszy. Kościół został poświęcony przez księdza Mikołaja Błażejowskiego, Biskupa Przemyskiego w Roku Pańskim 1460.Jedna z hipotez mówi, że w czasie kiedy kościół był konsekrowany, kult Świętego Wojciecha był dawno już wyparty w tych stronach przez kult Świętego Stanisława. Może to świadczyć, że w miejscu tym, być może już w dwunastym wieku był kościół, który został zniszczony w wyniku najazdu Tatarów lub innego nieszczęścia, ten zaś piętnastowieczny jest jego kontynuacją.

 Wielebny proboszcz z Szebni, ksiądz Władysław Sarna przytacza w „Opisie Powiatu Krośnieńskiego”, iż świątynia ta w dziewiętnastym wieku popadła w ruinę, stanowiła schronienie dla zwierząt i kryjówkę złodziei. Pewnie by została rozebrana, gdyby nie krośnieński wikariusz, ksiądz Leon Świtalski. Zebrał on parafian w ruinach kościółka i tak wzruszające, płomienne kazanie wygłosił, że słuchających do płaczu doprowadził. Ludność zobowiązała się kościół odbudować. Pomimo wielu przeciwności, jak choćby epidemii cholery, której uległ również ksiądz Świtalski, kościół odbudowano i w dniu 23 kwietnia Roku Pańskiego 1856 ksiądz Franciszek Struś świątynię poświęcił. I stoi sobie na wzgórzu jak przed wiekami.


 Konstrukcję posiada zrębową, osadzoną na kamiennej podmurówce. Ściany  tego świętego przybytku oszalowane są dwustronnie deskami ułożonymi poziomo. Układ budynku jednonawowy. Prostokąt zamknięty od wschodu trójbocznie stanowi prezbiterium. Po północnej zaś stronie mieści się zakrystia. Prostokątną nawę wieńczy od zachodu kruchta.
Jednokalenicową konstrukcję posiada dwuspadowy dach zwieńczony  czworoboczną wieżyczką na sygnaturkę z latarnią. Trójkątne szczyty szalowane są deskami w ułożeniu pionowym. Kruchta nakryta daszkiem dwuspadowym, zakrystia pulpitowym. Cały dach pokryty jest blachą. Wejdźmy do środka. Piękny siedemnastowieczny ołtarz główny oraz dwa późnobarokowe boczne ołtarze stanowią podstawowe wyposażenie kościoła. Boczne ołtarze trafiły tutaj z krośnieńskiej fary. Wykonali je krośnieńscy rzeźbiarze około tysiąc siedemsetnego roku. Trzy znajdujące się w świątyni posągi również zasługują na uwagę. Pochodząca z 1430 roku rzeźba świętego Wojciecha, szesnastowieczna, późnogotycka rzeźba św. Zofii oraz manierystyczna Matka Boska Niepokalanie Poczęta z przełomu szesnastego i siedemnastego wieku. Cóż, od 1997 roku stary drewniany kościółek znowu opustoszał. Zamożni mieszkańcy dzielnicy wystawili nowy, murowany kościół, gdzie w cieple i wygodzie mogą spowiadać się ze swojego nieumiarkowania w jedzeniu i piciu, tudzież z innych nieczystości. Przecież nikt nie odważy oczyszczać się ze zła wszelkiego w zimnej wodzie Wisłoka, jak to czynili nasi pogańscy przodkowie.

                Spaceruję zatem sobie malowniczymi uliczkami, gdzieniegdzie natrafiam na pozostałości starych szybów naftowych, wiekowy kierat pompowy, resztki skoczni narciarskiej. W czasach mojego dzieciństwa obiekty te przeżywały schyłek swojej świetności. Spoglądam na ogrody, w których znani mi krośnieńscy notable, współcześni patrycjusze, zabezpieczają roślinność oraz sprzęty przed nadchodzącą zimą. Mam świadomość, że tutaj, głęboko w warstwach piaskowca drzemią opisane kiedyś przez świętej pamięci docenta Chajeca z instytutu naftowego, krośnieńskie wody mineralne, spokojnie czekające na swój czas. Kiedyś może ktoś odgrzebie ich temat i zbuduje uzdrowisko. Na razie noszę w pamięci opowieści o słynnej pani Zosi z Krościenka, która pijąc wyciekającą ze starego szybu naftowego solankę, w zdrowiu fizycznym i umysłowym dożyła sędziwego wieku i swoja aktywnością zadziwia nadal o dziesiątki lat młodszych staruszków


             Spacerując tak sobie i rozmyślając natknąłem się na starszego jegomościa, który przykucnąwszy nad przeciągającym się leniwie kotem, zapewne szlachetnej rasy miejscowej czyli tzw. dachowcem, kiwał groźnie wyciągniętym palcem i tłumaczył zawstydzonemu (?) zwierzęciu, że ptaszków nie należy łapać i mordować, albowiem to nasi skrzydlaci braciszkowie umilający nam szare dni swoim śpiewem. Podczas gdy człowiek ten natchnionym głosem prawił swoje nauki humanistyczne, ze znajdującej się w sąsiedztwie Prywatnej Szkoły Muzycznej państwa Münzbergerów zaczęły dobiegać do moich uszu dziwnie znajome dźwięki. Wytężyłem słuch. Po chwili rozpoznałem melodię. Tak, to był fragment opery „Święty Franciszek z Asyżu”Oliviera Messiaena. Zadziwiający zbieg okoliczności. Utwór poświęcony słynnemu „bratu mniejszemu” znanemu ze swojego specyficznego stosunku do świata zwierząt i rozmawiający z kotem o ochronie ptaków jegomość, a wszystko to w miejscu, gdzie według tradycji założyli swój pierwszy klasztor franciszkańscy misjonarze, którzy po najeździe tatarskim w 1241 roku przybywali na Ruś Halicką nieść słowo boże i wspomagać swoją posługą zaludniających ziemię krośnieńską polskich i niemieckich osadników.
 Według wielebnego księdza profesora Bolesława Kumora, który  w swojej pracy „Organizacja Kościoła łacińskiego na Rusi Halickiej” porusza problemy misji franciszkanow między innymi na naszych terenach :„Akcja polska, zmierzająca do utrwalenia chrześcijaństwa łacińskiego na Rusi, znalazła poparcie ze strony papieży awiniońskich, a głównymi jej nosicielami były zakony żebracze, franciszkanie i dominikanie, działające na tych terenach od XIII stulecia. Franciszkanie, podejmując działalność misyjną na Rusi, utworzyli bazę w Przemyślu, jeszcze w XIII wieku i już ok. 1260 założyli odrębną kustodię, ale zależną od prowincji węgierskiej (...) Franciszkanie już od roku 1237 byli w Przemyślu, od 1238 w Haliczu (...), następnie założyli domy w Sanoku, Krośnie, a w 1320 roku w Kamieńcu Podolskim”. Dokładna data przybycia do Krosna tych pobożnych mnichów nie jest znana, jednak położenie osady przy szlakach handlowych wiodących zarówno na Ruś jak i na Węgry sugeruje iż stało się to na samym początku ich misji w Małopolsce i na Rusi.  Kiedy przybyli na Śląsk - do Wrocławia w 1236 roku, i do Polski – do Krakowa w 1237 roku, droga na Ruś Halicką była otwarta. Nic więc nie stało na przeszkodzie i mogli wraz z osadnikami zasiedlać opustoszałe tereny.

 W 1612 roku prowincjał czesko-polski Adam Goski przeprowadził w krośnieńskim klasztorze wizytację. Według jego wiedzy, czy też domysłów ( nikt tego nie jest w stanie zweryfikować)  rok 1241 jest datą założenia klasztoru w Krośnie przez księcia krakowsko-sandomierskiego Bolesława Wstydliwego. Według prowincjała  w niedługim czasie po ufundowaniu, klasztor i kościół został spalony podczas najazdu Tatarów (ok. 1259 r.). Z niewiadomych przyczyn zakonnicy utracili na jakiś czas prawo do terenu, na którym znajdowały się  zabudowania klasztorne. Po jakimś czasie odkupili parcele od miasta za sumę,  300 florenów. Tak więc na Zawodziu, w starej osadzie pamiętającej zapewne pierwszych Piastów i Świętego Wojciecha prowadzili braciszkowie swoją działalność. Trwali tam nadal, mimo lokowania miasta przez Kazimierza Wielkiego po drugiej stronie rzeki. Kiedy trzynastego dnia miesiąca kwietnia Roku Pańskiego 1377 w Przemyślu biskupem został franciszkanin z Hildesheimu,  Eryk z Winsen,   przekonał się, że diecezję trzeba budować od podstaw. Odrestaurował dawny, drewniany kościółek franciszkanów pod wezwaniem Św. Piotra Apostoła i poświęcił go na katedrę pod wezwaniem Najświętszej Panny Maryi i Św. Jana Chrzciciela. Poza Przemyślem, u zachodnich kresów diecezji, obrał sobie drugą siedzibę w Krośnie. Tutaj ok. 1378 roku, erygował klasztor stały braci franciszkanów. Zakonnicy rezydowali na Zawodziu do roku 1399, kiedy to miasto jak i klasztor strawił ogień.
 Podanie ludowe głosi, że krzyż, który do czasów powojennych stał na wzgórzu nieopodal kościoła Świętego Wojciecha, wskazywał miejsce dawnego kościoła franciszkańskiego.  Stan ten potwierdza dokument sygnowany przez miłościwie panującą królową Jadwigę, która w odpowiedzi na skargę gwardiana krośnieńskiego w osobie Wawrzyńca z Krakowa w dniu czwartego sierpnia Roku Pańskiego 1397 srodze zrugała krośnieńskich rajców i cechmistrzów za wtrącanie się w sprawy klasztoru. Stwierdziła Najjaśniejsza Pani w tym dokumencie, że skoro rajcy żadnej pomocy zakonnikom nie udzielili przy budowie i urządzaniu kościoła, przeto do spraw franciszkańskich pod groźbą kary tysiąca florenów mieszać się nie powinni. Zakazała królowa rajcom miejskim kontrolować ozdobnego wyposażenia kościoła oraz naczyń liturgicznych, które to darami pobożnych mieszczan oraz okolicznej szlachty były a magistratowi nic do tego. Przypomniała władczyni rajcom iż to nie klasztor ich pieczy został powierzony, jeno Królewskie Miasto Krosno, aby przez prywatę i niedbalstwo nie poniosła nijakiej szkody społeczność grodzka. Z królewskiego dokumentu wynika jasno, że w owym czasie Krosno z dwóch osad się składało a mianowicie z otoczonego murem grodu po południowej stronie rzeki oraz ze starej osady na wzgórzu po północnej stronie Wisłoka. Tam to sołtys Jan przekazał franciszkanom ogród oraz łan pola leżący pomiędzy zabudowaniami klasztornymi a płynącą w dole rzeką.

Kiedy w 1399 roku klasztor wraz z kościołem spłonęły, bracia postanowili przenieść siedzibę w obręb murów krośnieńskich. W tym celu w dniu 13 miesiącu lutym Roku Pańskim 1400, zarządzający wspólnotą gwardian Mikołaj zawarł umowę z dziedzicznym wójtem krośnieńskim Piotrem, radą miejską oraz starszymi cechów, iż parcela przy starym murze za sumę trzystu grzywien groszy praskich na własność wspólnoty franciszkańskiej przejdzie. Teren to był nieopodal Bramy Węgierskiej, pomiędzy basztą niższą a basztą wyższą położony, do narożnika murów obronnych przylegający. Czcigodni rajcy oświadczyli, iż teren ten w całkowite władanie zakonu oddają i wolno im będzie stawiać budynki na potrzeby zarówno kościoła jak i klasztoru a zarząd miasta w stosunku do rzeczonej parceli jakiejkolwiek władzy zaniecha. Mnisi nie dość, że całą należną sumę do kasy grodzkiej wpłacili w nakazanym umową terminie, to jeszcze z własnej szczodrości sto grzywien monety zwykłej na odbudowę miasta po pożarze przekazali. Przystąpili zatem bracia do budowy. Najstarszą częścią kościoła, od której wznoszenie świątyni zaczęli była kaplica Przemienienia Pańskiego. Gdy Miłościwie Panujący Król Władysław Jagiełło w Roku Pańskim 1407 wizytował Krosno, część zabudowań już stała. Zatwierdził tedy monarcha akt kupna parceli, zwolnił mnichów z należnych skarbowi podatków oraz innych danin ciążących z mocy prawa zarówno na dobrach znajdujących się w obrębie murów jak i na majątku ziemskim za rzeką. Rajców przestrzegł Miłościwy Pan, że w razie skargi mnichów na zarząd miasta, kary z własnych dochodów poniosą a nie z miejskiej szkatuły. Tak to zaraz po potwierdzeniu własności gruntów franciszkanie wznieśli z łamanego kamienia oraz cegły obszerny kościół w gotyckiej architekturze.


Zaiste mądry to był król. Jak, że nam go teraz brakuje w czasach, gdy urzędnicy tak państwowi jak i samorządowi wielkie szkody czyniąc bezprawnym działaniem, kary za to żadnej nie ponoszą a do naprawienia szkód przez nich wyrządzonych publiczny grosz jest używany, o ile w ogóle pokrzywdzonym przed sądami sprawiedliwości uda się dowieść i zadośćuczynienie należne otrzymać.

Z krośnieńskim klasztorem franciszkańskim związana jest postać legendarnego kaznodziei i pustelnika, Św. Jana z Dukli. Jan urodził się w 1414 roku. Po ukończeniu nauki w szkole parafialnej w Krośnie wstąpił do tutejszego zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych i odbył nowicjat. Z Krosna wyruszył po dalsze nauki do Krakowa, gdzie studiował teologię w konwencie franciszkańskim. W różnych dziełach literackich autorzy twierdzą, że był uczniem Św. Jana z Kęt na Krakowskiej Akademii, jednak nie odnaleziono żadnego zapisu o tym w aktach tej szacownej uczelni. Trudno więc jednoznacznie orzec czy są to fakty historyczne czy fikcja literacka. Faktem udokumentowanym jest to, że mnich ów po otrzymaniu święceń kapłańskich powrócił do Krosna, gdzie przez kilkanaście lat był kaznodzieją i spowiednikiem. Jak podają pisane źródła zakonne, był Jan wielce poważanym i lubianym zakonnikiem, przeto powierzano mu funkcję gwardiana krośnieńskiego zgromadzenia. W Roku Pańskim 1443 dostąpił niezwykle zaszczytnego urzędu kustosza we Lwowie. Z jakichś powodów zmienił zgromadzenie i w roku 1463 przystąpił do obserwantów bernardynów i nosił bernardyński habit przez dwadzieścia jeden lat. Schyłek życia tego świętobliwego mnicha to pasmo cierpień i chorób. Kilka lat przed śmiercią stracił wzrok, później stracił władzę w nogach. Opuścił ten ziemski padół dnia 29 miesiąca września Roku Pańskiego 1484, przeżywszy lat siedemdziesiąt. Minęło kila wieków i 21 stycznia Roku Pańskiego 1733 Jan z Dukli został błogosławionym a sześć lat później z woli papieża Klemensa Dwunastego objął patronat nad Polską i Litwą. 10 czerwca 1997 roku podczas papieskiej pielgrzymki został wyniesiony na ołtarze jako Święty Jan z Dukli. Uroczystość kanonizacji odbyła się  na krośnieńskim lotnisku.


                  Tak to z Zawodzia przywędrowaliśmy w obręb miejskich murów, na ulicę Franciszkańską. Kościół jak stanął w swojej strzelistej formie w wieku piętnastym, tak stoi do dzisiaj. Wprawdzie kilka razy płonął i ulegał dewastacji, jak choćby zaraz po rozbiorach, gdy władze austriackie ogołociły go z dóbr wszelakich i urządziły w nim magazyn zbożowy, jednak zachował swój surowy urok i gotyckie piękno. Kilka dat szczególne zaznaczyło się w  historii tej świątyni. W 1648 roku wybudowano Kaplicę Murkową aby wizerunek znajdującej się we wnęce Matki Bożej posiadał godne pomieszczenie. W tym samym czasie wybudowano na parceli miejscowej dewotki, przylegającą do kościoła kaplicę Oświęcimów, o której szeroko rozwodziłem się w trakcie innego spaceru po Krośnie.
 W Roku Pańskim 1657 wojska księcia Siedmiogrodu Jerzego II Rakoczego oblegały Krosno, uprzednio zrównawszy z ziemią wszelkie wioski aż po Biecz. Królewskie Wolne Miasto nie padło łupem tego renegata. Wokół obrony grodu i odparcia najeźdźców narosło wiele legend. Dziś nikt nie jest w stanie powiedzieć jak było naprawdę. Piewcy cudu Matki Bożej Murkowej rozpisują się o czterdziestotysięcznej armii bezskutecznie szturmującej mury oraz o nagłej burzy śnieżnej i ukazaniu się nad miastem czerwonej włóczni, podobnej do tej, którą Maryja dzierży w dłoni na obrazie. A wszystko to ponoć za sprawą ślubowania mieszczan przed obrazem Matki Bożej Murkowej. Mieszczanie mieli przysiąc, że w przypadku ocalenia uczynią ją patronką grodu. Abstrahując od tego nie neguję, jednak według źródeł historycznych Rakoczy dysponował wprawdzie czterdziestotysięczną armią, jednak większość sił księcia była związana walką w innych miejscach. Pod Krosno dotarła ponoć tylko konnica w sile tysiąca jeźdźców, kompletnie nie wyposażona do zdobywania ufortyfikowanego grodu. Wszak Krosno wedle encyklopedii Civitates orbis terrarium wydanej w Koloni w 1617 roku było jedną z najlepiej ufortyfikowanych twierdz europejskich i znalazło się w tym dziele jako jedno z pięciu miast polskich o podobnych walorach.

 Nie mnie dociekać prawdy, wszak tylko jestem skromnym spacerowiczem po ścieżkach i osobliwościach ziemi krośnieńskiej. Po księciu Rakoczym pozostała jedynie niesława a obraz krośnieńskiej pani został wymieniony jako jeden z najbardziej cudownych obrazów w wydanej w Kaliszu w 1699 roku księdze „Regina Poloniae”. Pożar, który wybuchł w 1872 roku unicestwił kaplicę i podczas remontu kościoła w 1902 roku została rozebrana a ikonę przeniesiono do klasztoru, by w 1960 roku umieścić ją na ołtarzu głównym, gdzie przebywa po dzień dzisiejszy. Rada Królewskiego Wolnego Miasta Krosna podjęła w roku 2007 uchwałę uznając Matkę Bożą Murkową patronką miasta. Metropolita Przemyski ks. abp. Józef Michalik  nadał obrazowi tytuł teologiczny: „Najświętsza Maryja Panna Obrończyni Wiary zwana Murkową" i zapowiedział na rok 2010 koronację obrazu.


Podczas gdy krośnieńska fara była zawsze związana bogatym mieszczaństwem, franciszkańska świątynia zostawała pod opieką okolicznej szlachty. Świadczą o tym zarówno historyczne spory z rajcami, rozwiązywane przez królewski majestat oraz nagrobki najznamienitszych przedstawicieli rycerskich rodów zdobiące franciszkański kościół. W ludowych opowieściach przewija się tajemny tunel łączący klasztor z odrzykońską warownią, na ślad którego nigdy nie natrafiono i pewnie po wsze czasy pozostanie legendą. Pod kamienną płytą przedstawiającą leżącego rycerza, który skonawszy miecz z ręki wypuścił, leży wielmożny Jan Kamieniecki herbu Pilawa, pan na zamku Kamieniec, wojewoda podolski i rotmistrz obrony potocznej. Inskrypcja umieszczona na cokole głosi:
 Z POCZTU ZNAKOMITYCH SARMATÓW JAN KAMIENIECKI, SŁAWĄ CNÓT WSZĘDZIE GŁOŚNY, SPŁACAJĄC DŁUG NATURZE, DO GWIAZD PODĄŻYŁ LICZĄC 36 ROK. W MIESIĄCU DRUGIM /LUTYM/ DNIA 5 W NOCY UMARŁ. ROK BIEŻĄCY LITERA WIELKA OZNACZA. SZCZĘŚLIWY DUCH W WIECZNYM SPOKOJU SPOCZYWA. KROŚNIEŃSKA ŚWIĄTYNIA SZLACHETNE CIAŁO POSIADA. MDLX /1560/
Twórcą nagrobka był słynny włoski artysta Jan Maria Mosca zwany Padovano. Był on autorem wielu renesansowych nagrobków, jego dzieła można znaleźć w kaplicy zygmuntowskiej na Wawelu jak również w wielu najznamienitszych katedrach i kościołach w całej Rzeczypospolitej.

Niezwykle piękny jest również nagrobek dziedzica Potoka, Jana Jędrzejowskiego herbu Jastrzębiec. Ciekawostką jest to, że skrzyżowane nogi rycerza na płycie nagrobnej oznaczają, iż pomarł on bezpotomnie.
W stylu wczesnobarokowym wykonane jest miejsce wiecznego spoczynku Jadwigi z Włodków Firlejowej, żony Piotra Firleja, wojewody lubelskiego, kasztelana zawichosłowskiego, właściciela Odrzykonia, Czarnorzek i innych miejscowości. Sarkofag wykonany jest z różnorodnych marmurów, umiejscowiony na wysokim cokole z rzeźbą  leżącej zmarłej magnatki . Dwa anioły podtrzymują tarcze herbowe.
 
 
            Tak oto spacerując w poszukiwaniu początku i tak otarliśmy się o symbolikę końca. Patrząc na kamienne inskrypcje i działa sztuki kamieniarskiej skrywające szczątki ludzi, którzy niegdyś byli potężni i możni, zdawało by się, że świat do nich należał, a oni jedynie byli niewolnikami świata. Zastanówmy się, kto z bohaterów wspomnianych podczas dzisiejszego spaceru był naprawdę szczęśliwy? Może zamiast pędzić na oślep w poszukiwaniu coraz to nowych dóbr czasem warto na chwilę zatrzymać się, Wzorem świętego Franciszka zrzucić z siebie drogie, markowe odzienie i pogadać z ptakami? Przecież i tak kiedyś wylądujemy pod mniej lub bardziej zdobną kamienną płytą i mało kto przystanie i zastanowi się skąd przybyliśmy, dokąd zmierzaliśmy i czy w ogóle osiągnęliśmy w życiu cokolwiek. Albowiem jak napisał kiedyś Seneka – „Nie jest dobrą rzeczą żyć, lecz dobrze żyć”.
 
 
Tadeusz Gajewski

 
  stronę odwiedziło już 33301 odwiedzający (75046 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=