Tadeusz Gajewski
  „On mnie wywiódł z czarnych wieczorów i w jasne księgi wprowadził”
 

 

„On mnie wywiódł z czarnych wieczorów i w jasne księgi wprowadził”
 
Straszna przyducha. Upał, spaliny, wzmożony ruch kołowy. Trudno wytrzymać w centrum miasta. Falujące od gorąca i spalin powietrze wprawia w pozorny ruch monumentalny posąg Ignacego Łukaszewicza. Zadumany aptekarz próbuje oderwać się od cokołu i ruszyć za miasto, wyrwać się ze zgiełku śródmieścia, zaczerpnąć  czystego   powietrza. A przecież sam do tego doprowadził, to on półtora wieku temu oszalał na punkcie oleju skalnego i zapoczątkował ten szalony pęd, epokę produktów naftowych. Czy spodziewał się, destylując w swojej aptece karpacką ropę, że zapoczątkuje najpotężniejszą gałąź przemysłu światowego, pchnie na nowe tory światową gospodarkę, by po latach dusić się w spalinach na granitowym cokole przy Placu Konstytucji Trzeciego Maja w Krośnie?


Udajmy się więc za mury Królewskiego Wolnego Miasta i powędrujmy wśród pachnących ziołami pól, z dala od spalających tony węglowodorów, hałaśliwych pojazdów. Wsłuchani w śpiew ptaków i upojeni symfonią świerszczy dotrzemy do starej wioski o pierwotnej nazwie Iwaniec, dzisiaj powszechnie znanej pod nazwą Iwonicz. Nieopodal tej osady wśród wzgórz Beskidu Niskiego znajduje się cel naszego spaceru, owiane legendami źródło. Cóż, źródła to specyfika tego terenu, wszak to obszar starych sławnych uzdrowisk bogatych w mineralne wody, jednak to które mam na myśli jest specyficzne, symboliczne, zdradzające bogactwa tego wywracanego przez ruchy górotwórcze terenu. Wytężmy słuch. Wypływające z głębi ziemi ruczaje zdradzają swoją obecność szemrzącym śpiewem. Tutaj jednak jest inaczej, zaskoczy nas inna muzyka śpiewana przez Matkę Ziemię.  Zamiast monotonnego zawodzenia, do uszu dociera dziwne bulgotanie, swoisty bełkot, od którego pochodzi nazwa tego naturalnego wysięku – „Bełkotka”. Jest to najstarsze znane na ziemiach polskich, opisywane przez podróżników, geografów, geologów źródło gazu ziemnego. Uwięzione miliony lat temu między warstwami osadów fliszu karpackiego węglowodory, w tym miejscu znalazły naturalne ujście. To tylko prawda przemądrzałych geologów, rzeczywiste przyczyny bełkotania źródełka znane są mądrym ludziom już od piętnastego wieku. Dawno, dawno temu, rozzuchwalony piorun uderzył w gładkie wody sadzawki i został uwięziony w jej głębi. Do dnia dzisiejszego, piorun stara się wydostać i uwolnić, miota się, złorzeczy , bulgocze.
Zwróćmy się na północ, po drugiej stronie rozległej doliny , kilka kilometrów od Krosna, ukryta pomiędzy stromymi zboczami Pogórza Strzyżowsko Dynowskiego leży prastara wieś „Węglówka”. Nikt nigdy by nie zwrócił uwagi na tę zagubioną w leśnej głuszy osadę, gdyby nie zbierany z naturalnych wysięków za pomocą zrobionych z końskich ogonów mioteł, służący od wieków miejscowej ludności do smarowania osi wozów – olej skalny.  Już w szesnastym wieku dzięki przywilejowi Jego Królewskiej Mości, mieszczanie krośnieńscy jak i pobożni zakonnicy oświetlali swoje domostwa oraz klasztorne cele zmieszaną z olejem lnianym ropą naftową z Węglówki oraz będącej obecnie dzielnicą Krosna Turaszówki. W wydanym w 1815 roku dziele „O ziemiorodztwie Karpatów i innych gór i równin Polski” wspomina Stanisław Staszic Węglówkę obok innych miejscowości, gdzie wydobywa się „skałolej cieknący”.
I tak by było do dzisiaj, gdyby nie trzech wspaniałych ludzi, którzy na zawsze zmienili spokojne, rolnicze tereny wokół Krosna w kolebkę polskiego i światowego przemysłu naftowego. A wszystko zaczęło się od światłego ziemianina, z wykształcenia filozofa oraz rolnika, właściciela majątku ziemskiego w Polance, ( obecnie dzielnicy Krosna) Tytusa Trzecieskiego. Jaśnie Wielmożny Pan Tytus, zajmując się sprawami gospodarskimi, zwrócił uwagę na włościan, którzy w nieodległym lesie bobrzeckim zbierali wyciekającą samoczynnie z głębi ziemi ropę naftową i leczyli nią chore owce. Widząc szerokie zastosowanie oleju skalnego, zaczął przeczuwać, że może to być w przyszłości, niezły, dochodowy interes. Udał się zatem pan Trzecieski do Lwowa, gdzie próbował zainteresować swoimi spostrzeżeniami uczone persony i dowiedzieć się więcej na temat tej tajemniczej substancji. Natrafił tam niestety na mur obojętności, dopiero w Towarzystwie Kredytowym Ziemskim spotkał pana Felicjana Laskowskiego. Finansista ten polecił mu osobę lwowskiego aptekarza, przebywającego aktualnie w Gorlicach – Ignacego Łukasiewicza. Pan Ignacy dzierżawił tam aptekę, w której zamierzał destylować ropę wydobywaną w Sękowej z płytkich kopanek. Obaj panowie udali się do Zręcina, gdzie mieszkał właściciel Bobrki i okolicznych lasów – Karol Klobassa. Znany z ekstrawagancji ziemianin nie był zainteresowany niepewnym interesem, jednak nie czynił trudności i bezinteresownie zezwolił na prace poszukiwawcze na terenie swoich włości.
 

Był Rok Pański 1854. Na zawsze ta data zapisała się w dziejach jako rok założenia najstarszej kopalni oleju skalnego, co upamiętnia wzniesiony w 1872 roku przez Łukasiewicza obelisk.
Początki nie wydawały się obiecujące, ręcznie, za pomocą prymitywnych narzędzi drążono kilkunastometrowe kopanki o przekroju kwadratowym, szalowane drewnem. Spróbujmy sobie to wyobrazić, kwadrat o boku jeden metr, dwadzieścia centymetrów i kilkanaście metrów głębokości. Na spodzie górnik z kilofem urabia skały, ładuje do wiadra. Sącząca się ze ścian woda, ropa, ulatniający się gaz.  W takich warunkach pracowali pionierzy górnictwa naftowego


 Po dwóch latach wyniki eksploracji były już na tyle zachęcające, że trzech wyżej wspomnianych ojców kopalnictwa naftowego zawiązało spółkę, która zgodnie z ówczesnym prawem górniczym, uzyskała wyłączność na poszukiwanie i eksploatacje złóż ropy naftowej na koncesjonowanym terenie. Po wyłożeniu przez Trzecieskiego i Klobassę potrzebnych kapitałów, w zarządzanej przez   Łukasiewicza kopalni drążono coraz głębsze szyby. Specjalnymi pompami tłoczono do środka powietrze aby pracujący na spodzie górnik miał czym oddychać. Skały rozsadzano początkowo prochem strzelniczym a później dynamitem. Tymi metodami osiągano otwory do 140 metrów. Przełomem okazał się rok 1862 kiedy zakończono drążenie otworu „Małgorzata”. Na dobę wydobywano z niego cztery tysiące litrów ropy. Pozwoliło to na rozwój i wprowadzanie nowoczesnych technologii górniczych. Aby nie narażać robotników na zbytnie niebezpieczeństwo, kopalniany kowal wytworzył świder udarowy przypominający dłuto. W 1862 roku inżynier Walter zastosował w Bóbrce „nożyce wolnospadowe Fabiana”, co znacznie usprawniło wiercenia. Wydobywaną ropę zaprzężonymi w konie furmankami wożono do Ulaszowic koło Jasła, gdzie w 1856 roku Trzecieski z Łukasiewiczem zbudowali destylarnię ropy. Niestety destylarnię strawił pożar a okoliczna ludność nie pozwoliła na jej odbudowę. Dlatego w 1861 roku wzniesiono nową destylarnię w majątku Trzecieskiego w Polance. Produkty tej fabryki na pniu sprzedawano w Wiedniu i Berlinie, co pozwoliło wspólnikom na wsparcie bajońskimi wprost sumami skarbu powstania narodowego w 1863 roku.
W 1868 roku po odwierceniu 90 metrów natrafiono na silnie zmineralizowaną wodę z dużą zawartością dwutlenku węgla. Woda swoim składem chemicznym przypominała znane wody iwonickie. Pozwoliło to na założenie przy kopalni zakładu wodoleczniczego. W tym celu zbudowano specjalne łazienki i do eksploatacji zastosowano pompę z napędem parowym. Zakład notował duże osiągnięcia lecznicze, niestety, po dwóch latach wydatek zmniejszył się znacznie a w otworze pokazała się ropa. To przekreśliło marzenia Ignacego Łukasiewicza o własnym uzdrowisku.
Duże nadzieje wspólnicy wiązali z osobą Alberta Faucka, wybitnego niemieckiego wiertnika, wyszkolonego w Stanach Zjednoczonych, prekursora stosowania w Galicji metody wiertniczej zwanej „pensylwańską”. Polegała ona   na wierceniu udarowym z zastosowaniem liny wiertniczej i napędu parowego. Niestety, metoda ta nie sprawdziła się w warunkach ówczesnych karpackich złóż. Udoskonalono więc dotychczas używane  nożyce wolnospadowe, stosując do ich napędu maszynę parową. W 1874  roku sprowadzono ze stanów zjednoczonych pierwsze rury okładzinowe. Pozwoliło to rozwiązać największy problem z jakim borykali się ówcześni wiertnicy czyli odizolowanie horyzontów wodnych występujących nad pokładami zawierającymi bituminy.


Niepowodzeniem zakończyły się starania aby utworzyć przy kopalni pierwszą szkołę naftową. W 1875 roku, naczelnik c.k. Urzędu Okręgowego Górniczego we Lwowie Henryk Walter, przedłożył stosowne memoriały do Wydziału Krajowego i Rady Szkolnej w sprawie założenia w Bóbrce Szkoły Niższej Górniczej dla przemysłu naftowego. Niestety, brak poparcia od inspektoratu szkolnego w Jaśle zniweczył te plany.
Ignacy Łukasiewicz za dochody czerpane z kopalni zakupił posiadłość ziemską w Chorkówce i w miejscu starego browaru wybudował własną rafinerię nafty. Był to wówczas największy polski zakład naftowy.
Kopalnia i rafineria w owych czasach były zakładami stosującymi najwyższe standardy socjalne. Robotnicy mieli przyzwoite mieszkania, posyłali dzieci do przyzakładowej szkoły, posiadali kasę bracką wypłacającą zapomogi i renty. Były to osobiste zasługi Łukaszewicza, niezwykle dbającego o podległych pracowników. Patrząc z perspektywy współczesności, praca w kopalni i rafinerii wydaje się straszną katorgą, jednak w owych czasach robotnicy naftowi należeli do swoistej elity. W porównaniu do innych branż żyli w dobrobycie.
Siódmego stycznia 1882 roku w swojej posiadłości w Chorkówce zmarł Ignacy Łukasiewicz.



Jego pogrzeb na cmentarzu parafialnym w Zręcinie przeistoczył się w wielką manifestację. Zarówno prości robotnicy i chłopi jak i inteligencja, urzędnicy, ziemianie oraz mieszczanie mieli świadomość, że żegnają nietuzinkowego obywatela, wielkiego wizjonera, naukowca, przemysłowca, patriotę a nade wszystko wspaniałego człowieka, któremu zawdzięczali podniesienie z upadku całego regionu oraz osobisty dobrobyt i perspektywy dla przyszłych pokoleń.


 W Bobrce wszystko się zaczęło, jest to dla nafciarzy miejsce o ogromnym znaczeniu. Obecnie na terenie kopalni funkcjonuje Muzeum Przemysłu Naftowego. Podobnie jak muzułmanin Mekkę, każdy nafciarz  oraz każdy szanujący się mieszkaniec Podkarpacia powinien chociaż raz w życiu odwiedzić to miejsce i poczuć atmosferę tamtych czasów, zajrzeć w głąb starej kopanki, pokłonić się duchom ropiarzy, którzy na jej dnie zostawili cząstkę siebie.
Ja jednak chciałbym wyciągnąć z mroków zapomnienia inne miejsce, drugą co do starszeństwa kopalnię płynnego, czarnego złota. Kontynuujmy zatem nasz spacer w czasie i przestrzeni szlakami poszukiwaczy „kamfiny”.



Jadąc drogą z Iwli do Olchowca postaramy się dotrzeć do miejsca zagubionego wśród gór Beskidu Niskiego. Kiedy jesienią 1983 roku przyjechałem tam jako młody, początkujący asystent kierownika wiertni, aby dozorować prace przygotowawcze do postawienia urządzenia wiertniczego,  tablica z nazwą   była jedynym znakiem zdradzającym istnienie miejscowości Ropianka. Dopiero po dokładniejszym rozeznaniu, znalazłem dwa domostwa, oświetlane naftowymi lampami. I to już była cała wieś. A przecież wśród tych porosłych lasem i krzakami malowniczych gór, końcem dziewiętnastego wieku tętniło życie, działy się rzeczy wielkie, pionierskie. O istnieniu samoczynnych wycieków ropy w tym terenie pisali już osiemnastowieczni badacze.
W 1868 roku powstała tam kopalnia. Właśnie w Ropiance powstał najgłębszy w Galicji szyb ręcznie kopany. Osiągnął głębokość 205 metrów. Jak Bobrka jest kolebką przemysłu naftowego, tak Ropianka jest niekwestionowaną kolebką szkolnictwa wiertniczego. W 1885 roku założono przy kopalni pierwszą w Europie szkołę wiertniczą. Nosiła ona nazwę Praktyczna Szkoła Wiercenia Kanadyjskiego. Założycielem i kierownikiem szkoły był Inżynier Zenon Suszycki.
 
Minęło zaledwie kilkanaście lat od momentu gdy Tytus Trzecieski wraz z Ignacym Łukasiewiczem wydrążyli pierwszą kopankę, a wokół Krosna powstało dziesiątki kopalń. Setki kieratów napędzało za pomocą kiwaków pompy wgłębne tłoczące ropę. Dziesiątkami kilometrów rurociągów transportowano „kamfinę” do kolejowych ekspedytów a następnie do rafinerii. Zmieniał się krajobraz.



Wszędzie na wzgórzach stały wieże, trójnogi, w jednostajnym rytmie kiwały się żurawie. Region dźwigał się z porozbiorowego upadku. Powstawały nowe domy, wille, pałacyki, domy kultury. Właściciele kopalń wspierali naukę, sztukę, edukację młodzieży, sport. Fundowali stypendia, wspierali działalność organizacji patriotycznych jak „Sokół”, „Strzelec”. Zaowocowało to później niespotykanym w innych rejonach masowym zaciągiem do Legionów Piłsudskiego.
Niestety, wszystko ma swój koniec. Z czasem zaczęły wyczerpywać się złoża i karpacki przemysł naftowy powoli tracił swoje znaczenie. Jednak najcenniejsi zawsze byli ludzie. Wykwalifikowani wiertnicy, geolodzy, geofizycy i eksploatatorzy, od przeszło stu lat ruszali w świat aby uprawiać swoje rzemiosło tam, gdzie Matka Ziemia pozwalała odnaleźć  ukryte skarby. Nie ma takich pól naftowych w Polsce i na świecie, gdzie nie pracowali by podkarpaccy nafciarze(czasem kilka pokoleń), nazywani przez innych kolegów po fachu „prawdziwkami”. Można ich spotkać na morskich platformach oraz wśród piasków Sahary, na bezdrożach Indii i w ukraińskich stepach, nie brakuje ich w Kazachstanie i na Syberii. Rozwiercali najwydajniejsze polskie złoża w zachodniopomorskiem i  Puszczy Noteckiej. Są wiertaczami, asystentami, kierownikami, specjalistami i prezesami spółek. W Klimkówce niedaleko legendarnej „Bełkotki” w sąsiedztwie starych kopalń urodził się i wychował prezes pilskiej „Nafty” Stanisław Wajs, zaś prezes zielonogórskiego „Diamentu” Józef Lenart dzieciństwo spędził na terenie historycznej kopalni Mac Allan, w sąsiedztwie istniejącego do dzisiaj kieratu pompowego na krośnieńskim przedmieściu.

Dzisiejsze wiertnictwo i współczesne kopalnie niczym prawie nie przypominają tych sprzed półtora wieku. Nowoczesny sprzęt i technologie pozwalają w krótkim czasie, bezpiecznie wiercić najgłębsze otwory, pionowe, kierunkowe, z odcinkami poziomymi. Rozwinięte gałęzie nauki, geofizyka, geologia, umożliwiają precyzyjne lokalizowanie perspektywicznych obszarów. Jednak przywiązanie do tradycji oraz świadomość ciągłości pokoleniowej nakazuje z ogromnym szacunkiem odnieść się ciężkiej pionierskiej pracy górników oleyu skalnego. Dlatego każdorazowo wracając z wiertni do Krosna na tzw. „wielką szychtę”, wybieram się na spacer po mieście, by na Placu Konstytucji Trzeciego Maja  pokłonić się przed pokrytym patyną spiżowym pomnikiem mistrza Ignacego, wszak: „on mnie wywiódł z czarnych wieczorów i w jasne księgi wprowadził - mądry, zamyślony aptekarz.”
 
Tadeusz Gajewski
 
(Tytuł  i zakończenie zaczerpnięte z wiersza Jana Zycha „Kiedy przyjeżdżam”)
 
 
 
  stronę odwiedziło już 33983 odwiedzający (76190 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=