Tadeusz Gajewski
  Wiersze
 

                                     Słowo

                                      Na początku było słowo,
                                      niepozorny zlepek zgłosek, 
                                      ledwie kilka sylab,
                                      niczym mały kamyczek,
                                      drobny okruch rzucony w nicość…

                                      I stało się.

                                      Słowo, narzędzie wszelkiego tworzenia
                                      niesione na skrzydłach anielskich
                                      rozświetliło mroki świata.

                                      Na końcu są miliony słów,
                                      Jak ostre odłamki skalne.
                                      Rzucane na wiatr zabijają skutecznie.

                   

Jesienna Afrodyta
 
Na Twoich włosach
jesień zaplata
miedziane warkocze.
Otulona misternym welonem
babiego lata
płyniesz przez park.
Niesie Cię fala
szeleszczącego złota,
rudo czerwona piana
październikowej zadumy.
Nie odchodź
Jesienna Afrodyto
w wieczorną mgłę.




Marzenia

Chciałbym iść z Tobą po łące
i pieścić ziół wonne kłosy,
pasjami rwać kwiaty pachnące
i Tobie je wpinać we włosy.

Chciałbym Cię zabrać do lasu
i chłonąć ptaków śpiewanie,
nie patrzeć na upływ czasu
i liczyć kukułki kukanie.

Na rękach chciałbym Cię nosić,
Twój zapach wdychać z rozkoszą,
ptakom swą radość ogłosić,
niech ją po polach rozniosą.

Chciałbym, byś cała drżała
jak wiatr, gdy porusza dzwonkami
i każdy wzgórek ciała
zasypać pocałunkami.

I to są moje marzenia,
co mi po nocach się śniły,
mych tęsknot ciche drżenia -
zbyt piękne, by się spełniły.

 
 
Pokusa

Czemu w nocy myśli mątwa
w biednej głowie się kołata?
Niczym wiedźmy starej klątwa.
Skąd spokoju duszy strata?

Z mgły wyłania się poranka
delikatna, czuła, miła...
Kusi niczym Świtezianka;
jest naprawdę - czy się śniła?

 
 
 
Noc w Myscowej

Noc skrzy się srebrzyście
jak bramy raju.

Beskid rozpościera ramiona
nad migotliwą krajką Wisłoki -
niczym nad wstążką
łemkowskiej panny,
która wciąż czeka
na niespełnioną miłość.
 
Mój Beskid
pachnący strofami Harasymowicza,
płaczący wilkami za minionym czasem,
przywalonym przekleństwem.

 
 
 
Głosy

Wiosna.

Dukt leśny rozbrzmiewa
słonki wieczornym chrapaniem.

I noc - słowicze trele
jak anielskie chóry.

I szumią drzewa...

 
 
Jesień

Żółtych liści tan szalony,
w strugach deszczu noc ponura,
ranek mgłą jest otulony,
jesień idzie w szarych chmurach.

Już unosi się na wietrze
cienka nić babiego lata,
lekkim srebrem tka powietrze -
lepkie jak cukrowa wata.

 
 
 
Tęsknoty

Promień porannego słońca
na wiertniczą wieżę pada,
myśli moje mkną bez końca
jak huculskich koni stada.

Gdy cechsztyńskie drążą skały
ostrza świdrów skrawających,
mnie jest tęskno do mgieł białych,
stromym zboczem spływających.

Tęskno mi do łąk kwiecistych,
jodeł, buków rozzłoconych,
do strumieni wartkich, czystych,
wiosek w górach zagubionych.

Tęskno mi do prostych ludzi,
którzy miłość czystą znają.
Gdy ich świt do pracy budzi,
znakiem krzyża dzień witają.

Na lubuskiej obcej ziemi
czuję się jak koń w kieracie,
lecz niedługo to się zmieni -
wrócę na swe Podkarpacie.

 
 
Powrót

Noc gwiazdami lśni srebrzyście
i samotność w sercu boli.
Myśl na wietrze się wyzwoli
jak ostatnie żółte liście.

Lecą w nicość wiatrem gnane;
to obrazy mej tęsknoty -
Jak miłosnych zmagań sploty,
jak me serce skołatane.

Lecz nadchodzi chwila błoga,
jasna jak poranka tchnienie.
Sen przynosi ukojenie,
lekkie jak do domu droga.

 
 
 
Czas zadumy

Podkarpacki ciepły wrzesień
bukom złote szaty szyje.
Patrz, kochanie, to już jesień.
Wilk samotny z cicha wyje.

Pług ostatni ciągną konie,
wron na polach czarne tłumy,
blaskiem zniczy cmentarz płonie -
czas przemyśleń, czas zadumy.

 
 
 
Zielone skrzypce

Idę łąką upstrzoną błękitem,
tym dywanem z bławatów,
świerszczy słucham z zachwytem,
zagubionych wśród kwiatów.

Ukojenia błogiego doznałem
i rozpiera mnie pycha,
bo zielone skrzypce ujrzałem -
opisane przez Zycha.

To Ty je pierwszy spotkałeś
w korczyńskiej miedzy, Janie,
i w swoim wierszu skłamałeś,
że nie natknąłeś się na nie.

Te skrzypce spać mi nie dają,
bo prawdę odkryły okrutną.
Ty wiesz jakie metrum grają,
kiedy poecie jest smutno.
 
 
 
Co pozostanie

Kiedy odejdę tą drogą -
spokojnie, cichutko, skromnie,
niepamięć poczuję błogą,
co tu zostanie po mnie?

Głowice wiertniczych otworów,
latami mozolnie drążonych,
ropa z cechsztyńskich utworów,
garść wierszy tęsknotą zranionych.

I jeszcze zostaną wspomnienia,
które na drogę spakuję,
ból, co przyczyną natchnienia,
łza co tak gorzko smakuje
 
 
 
 
Władca Puszczy

Złotem utkana puszczy szata,
jesień skłębione goni chmury,
mgła niczym sieć babiego lata,
otula domy Sowiej Góry.

Pogański duch wypełnia knieje,
z uroczysk niesie wiatr chorały,
księżyc zaś hojnie srebro leje
na leśniczówki dach omszały.

A na poddaszu lampa płonie
jak święty ogień wśród ołtarzy.
Ostatni druid wznosi dłonie
i o pierwotnym lesie marzy.

 
 
 
Dla Jędrka Połoniny
 
                 pamięci Andrzeja Wasielewskiego
 
Nie popłynie łza
po stoku Chryszczatej,
ani wieczne odpoczywanie
z ambony Otrytu,
gdy dymarek smolistych
zapłoną kadzidła.
 
Ostatni kufel piwa
wylewam dla Ciebie,
abyś zaszumiał wiatrem
pośród łąk pijanych -
gdzie zielskiem zarosły
losów drogowskazy,
gdzie echo powraca
do cerkiewnych dzwonów.
 
 
 
 
 
Quo vadis

Idziemy zwarci, misjonarze nowi,
okryci pychą, togami wszechwładzy.
Ogoleni, rozsądni i wbrew rozsądkowi
z uczuć odarci, ślepi, głusi, nadzy.

Zwalamy horyzonty, kruszymy bariery,
pierwsi rzucamy kamień, wyjmujemy belki,
przeciwko nawałnicom ustawiamy stery -
bielutkie kołnierzyki i czerwone szelki.

Pod pyłem czasu upadłe kultury,
kości spowite w postrzępione szaty.
Błękitny celnik kosą zbiera myto...

A obok idzie cichy człowiek, który
na duszy nosi cierpienia stygmaty.
Do Rzymu idzie, by go znów zabito...
 
                Polowanie w Chyrowej
 
Uderzenie kopyt rozjaśnia obłoki.
Świetlistego rydwanu rumaki spienione,
z Doliny Śmierci dusze potępione -
przepędzają w cień jarów i w wykrotów mroki
 
Wstaje Odyniec , Pan Księżego Lasu;
Kalidońskich Łowów bohater mocarny.
Kołatki naganki sypią stos ofiarny;
Artemida klepsydrą mierzy upływ czasu.
 
Rwany racicą kęs igliwia chrzęści,
w szalonym pędzie przerażony śledzi
lunet wysmukłych bystre źrenice.
 
Nim go powalą argumentem pięści,
w czeluściach luf ukryte odpowiedzi
na nie zadanych pytań tajemnice.
 
 
Gorzki smak ziół
 
Pomiędzy trzustką a wątrobą
kursuje ból -
punktualnie niezawodny
jak cesarsko - królewski ekspres.
 
Między mrowieniem w stopach
a kłuciem w mostku -
symfonia melancholii
i nieodparta chęć
by napić się wódki,
kieliszek znieczulenia
na gorzki smak ziół.
 
I nie mów mi , że mam o siebie dbać,
bo widzę w szarości dnia,
że jesień co rok smutniejsza.
 
Rzeźby
 
                      Maciejowi Syrkowi
 
W zadumie kamiennych cokolików,
światłem spiżowej metafory
spowite dostojeństwo formy.
 
Pierwotne instynkty
stopione w strukturę dzieła
z kroplą melancholii...
 
W głębi surowej faktury
przesuwają się
brązowe klatki fotoplastykonu -
migawki umarłego czasu,
oświetlające cienie przemijania.
 
                        
 
 
 Przespanie
 
Ja - to pod krzakiem wolę leżeć ,
co go sam na utrapienie
w cierpkie owoce odziałem.
Podziwiać krzątanie owadów ,
co prostym algorytmem
życiowy los wiodą.
 
Na tors cherlawy pancerza nie wdzieję,
ani spod kagańca poprawności
wściekłych kłów wystawiać nie będę
- bo stępiłem dawno .
 
Błazeńskiej maski nie włożę...
Bo mam na stałe wrośniętą
i zdjąć jej nie umiem i nie chcę.
 
Karły w wielkich gaciach
na wyniosłych szczudłach
                                        już mnie nie bawią.
 
Od szumu husarskich skrzydeł
karczemny gwar wyżej cenię,
 wron krakanie szczere
od przyjacielskich rad wolę.
 
Ja przespać
chcę ten czas
bezsennie ,
naiwnie.
 
 
 
 
Ofiara
 
Twarz apostoła robaczywej sieci
w szklanym ognisku migotliwie wieszczy.
Miliony Kasandr obiecuje szczęście,
tysiące nici fałszywej Ariadny.
 
Sczerniały świątek coraz smutniej patrzy,
bo jego krzyku nie słychać na puszczy.
 
Lud żąda więcej szklanych koralików
i w tańcu depcze stare drogowskazy.
 
 
A w moim sadzie zakwitły jabłonie.
Suche konary na ofiarnym stosie
ukradkiem palę
w hołdzie Starym Bogom.
 
 
 
 
Honor Apaczów
 
Pamiętasz Bracie Winetou
nasz rezerwat na rogu krakowskiej i naftowej ?
Leszczynowe łuki i honor Apaczów.
I ten pamiętny dzień , gdy setki “Rudych 102”
miażdżyło gąsienicami betonowe trylinki.
Siwy staruszek z grubą książką patrzył z przestrachem,
Hańba – mamrotał.
Hańba? To jest wtedy,
gdy jedno plemię drugiemu bizony uprowadzi...
Nie ! Sierżant Czernousow i kapitan Pawłow są dobrzy !
Przecież nie skrzywdzą Rumcajsa ...
 
  
 
                                         Bieszczadzki Chrystus
 
O resztki polichromii
wiatr z deszczem
kości rzucają .
Poniżony i nagi
cichutko umiera
bieszczadzki Chrystus.
 
Powiedz Batko ,
dokąd iść ,
żeby worek marzeń
garbem wspomnień
nie przerósł?
 
Milczysz ..
 
Na cóż Twe rady ,
gdy sam kornikom uległeś,
sczerniałeś jak te kikuty ,
co zostały po malowanej wiosce,
której nie ustrzegłeś.
 
 
Tylko szare olchy -
dzikie lokatorki,
marny cień dają
zaginionemu światu.
 
 
 
 
 
 
Szklana wieża

Możesz powiedzieć tysiąc słów;
nic to nie zmieni.
Statysty rolę zagram znów
w teatrze cieni.

Ze swojej wieży jeszcze raz
pomachasz chustką,
lecz z okna znika Twoja twarz
i wieje pustką.

Nie pojmiesz nigdy jak mi źle;
bo cóż to znaczy,
gdy się rozpłynie w nocnej mgle
mój krzyk rozpaczy.


 


Anioły


Cherubinów z harfami słuchać nie pora,
kopuły cerkiewek ich dźwięku nie znają.
Karpackie anioły ze snów Nikifora
świtem zamglonym na fujarkach grają:

"Nie dla nas Parnas i pląs muz,
ani liść lauru, ni złoto na togach -
ale woń wrzosów w cieniu brzóz,
pamięć przeklęta na zmurszałych progach.

To nic, że dla nas śmiech i kpiny;
tan garb natchnienia nie męczy...
Dzięki temu szaleństwu widzimy
Światło z niebiańskich przełęczy."



Bieszczadzka noc

Na omszałych kamieniach
księżyc srebrne wróżby układa:

"Zaterkoczą znów wozy solarzy,
pylistą drogą
bydło na targ w Lutowiskach
poczłapie.

Ukwieconymi bryczkami
goście weselni powiozą marzenia
pod unickie krzyże.

Zawirują kolorowe spódnice,
zafurkoczą barwne krajki;
ruszy roztańczony korowód

w stronę bladego świtu..."


Deszczowa Sonata

Pod parasolem cichy kąt
i filiżanka dobrej kawy
i prawdę mówiąc nie wiem skąd
zapach maciejki słodki, mdławy.

Diamenty błyszczą w srebrnej kolii,
pajęczej sieci zdobią kratę;
może to nutka melancholii
kroplami deszczu gra sonatę.

Wieczór już ubrał frak szkarłatny;
na przekór nocy rozszlochanej
rzeźbi Twój uśmiech delikatny
w kropelce deszczu zabłąkanej.

Raj utracony
 
Gdy przymknę oczy
słyszę kos klepanie i cembrowiny płacz.
Słyszę jak złoto poranka
spływa po baniastej makowicy,
rozświetla izbicę .
Archanioł Michał depcze szatana.
 
Budzi się Beskid
a słowa spływają z ikonostasu
błogosławieństwem świtu,
cichym szeptem Mandylionu:
Ojcze zabierz ode mnie ten kielich...
 
O dziesięciu sprawiedliwych
nikt nie zapytał ...
 
 
  stronę odwiedziło już 34665 odwiedzający (77549 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=