Tadeusz Gajewski
  Spacer po Krośnie Nec quod fuimusve sumusve cras erimus
 
          Spacer po Krośnie   
 
Nec quod fuimusve sumusve cras erimus


               Dobrze tak posiedzieć przy kominku wieczorową porą, wlepić wzrok w migotliwe płomienie i wsłuchiwać się w trzaski płonących bierwion z książką w jednej ręce i kieliszkiem czerwonego węgierskiego wina w drugiej. Przenikliwy zimny wiatr jakoś nie zachęca do spacerów. Z radiu ktoś śpiewa że mu nie szkoda lata… Mnie tam szkoda nie tylko lata ale w ogóle minionych lat. Pamiętam te niedziele z tzw. okresu późnego Gomółki i wczesnego Gierka. Razem z całą dzieciarnią zamieszkałą na mojej ulicy urządzaliśmy wypady piesze do odrzykońskiej warowni. To były czasy… Ktoś rzucał hasło „idziemy na zamek” i w kilkanaście minut zbierała się grupa wyposażona w chlebaki a w nich jakieś naprędce zrobione kanapki oraz butelka z kompotem rabarbarowym albo herbatą. Po dwóch kwadransach już drałowaliśmy w kierunku starego zamczyska. Droga wiodła wśród pól, przez Sporne oraz Głębokie. Idąc dyskutowaliśmy o znanych nam legendach i opowieściach związanych z kamieniecką twierdzą. Każdy znał te wątki inaczej niż inni, wszak legendy mają to do siebie, że żyją własnym życiem i obfitują w wielką ilość wersji.



 Przyjemne ciepło kominka i cudowne odgłosy płonącego drewna w połączeniu z hipnotycznym tańcem płomieni oraz szlachetnym egerskim trunkiem, powoli wprowadziły mnie w stan nostalgicznego pół snu pozwalającego przenieść się w czasy zamierzchłe.
               Było to w czasach tak dawnych, że nikt nie wie kiedy. Trudno zgadnąć  czy tysiąc lat temu czy wcześniej. Być może przed panowaniem Mieszka Pierwszego, zanim stanął na kamienieckim wzgórzu drewniany obronny gród. Nie jest jednak wykluczone, że dużo wcześniej, gdy istniała tam osada tzw. kultury łużyckiej. Prawdy pewnie nigdy nie dojdziemy. No, ale nie bądźmy aż tak dokładni i niech nam wystarczy, że okrutnie dawno to było.
 Wtedy to na obrośniętej puszczą górze swoją warownię bezwzględny zbój miał. Drżała ze strachu cała okolica, bo człek ten żadnych skrupułów w rabowaniu karawan kupieckich nie miał, kmieciów zaś, co w dolinach swoją rolę pracowicie sprawiali, co rusz do jakichś robót ciężkich zapędzał. A to wiekowe jodły z lasu musieli dobywać i okorowawszy na górę wciągać, by częstokół okalający zbójecką siedzibę wznosić, to znów lochy przepastne budować, w których zrabowane skarby przechowywał jak i kupców, tudzież możnych wędrowców, dla okupu pojmanych więził. Ciężka dola kmieca pod panowaniem okrutnika była. Gadali ludziska po karczmach, że jak tylko czarny rumak zbója wiozący na grzbiecie, gościńcem przejechał, smród niemożebny się rozchodził po okolicy. Siarką piekielną czuć było. Niechybnie okrutnik z diabłem pakt jakowyś zawarł. Inni powiadali, że jak kto ogierowi onemu w ślepia spojrzał, to siły tracił  i niczym kamień przy gościńcu stawał. W ślepiach konia ogień piekielny płonął. Nie daj Bóg, aby w zasięg kopyt jego się dostać albo i zębów zaznać. Długie lata ludkowie okoliczni cierpieli, ale póty dzban wodę nosi, aż mu się ucho nie oberwie. Tak też przelała się szala goryczy i zebrali się włościanie do kupy. Wiadomo, kupą raźniej i strach paraliżujący prędzej opanować idzie. Wszak to nie zwyczajna chabeta i nie pośledni rzezimieszek, jeno potężny złoczyńca z mocami ciemnymi sprzymierzony, na diabelskim koniu z piekła rodem. Zaczaili się zatem z sieciami chłopy nad brzegiem Wisłoka, w miejscu brodu. Jak tylko okrutnik łupami obładowany w wodę wjechał, wielką ilość siatek na niego rzucili i kamieniami niegodziwca zatłukli. Rumaka zaś grubymi powrozami spętawszy, żywcem ze skóry obdarli. Na kamienieckiej górze wznieśli solidny, z grubych bali ciosanych, zamek obronny, aby w razie napaści mieli się gdzie ludziska schronić, a i kupcy wiodący na południe z jantarem do krain dalekich, bezpieczniej się w puszczy poczuli. Wieś zaś co u podnóża góry zamkowej powstała, nazwę Odrzykonia przyjęła, aby pamięć obdartego ze skóry diabelskiego konia ku przestrodze potomnym została.



                Tak to bajania ludowe o początkach warowni na górze kamienieckiej podają. Uczeni w księgach pożółkłych ze starości oraz badacze w archeologicznym fachu wyszkoleni stwierdzają, że w czasach zamierzchłych kwitło w tym miejscu osadnictwo związanie z kulturą łużycką. W wieku dziewiątym pogańska świątynia szczyt góry zajmowała, by na jej miejscu już za pierwszych Piastów, czyli w wieku dziesiątym, okazały drewniany zamek pobliskiej granicy z Rusią Halicką strzegł, tudzież szlaków handlowych ciągnących na Węgry i Ruś. Zamek był niszczony podczas najazdów tatarskich w roku 1241 oraz 1259. Dopiero król jegomość Kazimierz, ten co to ponoć zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną uznał, że są to ważne dla królestwa tereny i postawił zamek z piaskowca ciężkowickiego. Pierwsze zapisy o tej warowni królewskiej pochodzą z roku 1348 kiedy to burgrabią kamieńca był wielmożny pan Mikołaj z Babic. Nie była to budowla ani wielka ani okazała. Przesunięta daleko granica z Rusią nie była już powodem budowy wielkiej warowni a i też dobre stosunki z Królestwem Węgier napawały władcę optymistycznie. Nie posiadała wieży zamkowej a i miejsca na potrzebne tak kasztelanowi jak i załodze budynki było niezbyt wiele. Zadaniem tego bastionu była ochrona szlaków handlowych. Król w tym celu zbudował również zamki we Frysztaku oraz Łączkach Jagiellońskich.
                   Gdy  w Roku Pańskim 1390, wielmożny pan Klemens z Moskorzewa, podkanclerz koronny, obronił Wilno przed krzyżakami, miłościwie nam panujący Władysław Jagiełło chcąc nagrodzić jego zasługi podarował mu odrzykońską warownie. Od chwili tej twierdza kamieniecka była cały czas rozbudowywana. Tak, że zachodnia, gotycka, najstarsza część, z czasem przeistoczyła się w zamek wysoki, zwany pierwotnie odrzykońskim, przedzamcze wschodnie w zamek średni czyli korczyński. W Roku Pańskim 1397 wzniósł pan kasztelan zamkową kaplicę. Nastał rok 1399, wtedy to król w swojej łaskawości raczył wizytować Królewskie Miasto Krosno. Nie omieszkał również odwiedzić wiernego mu rodu Moskorzewskich władających nieodległym zamczyskiem. Od 1407 roku Klemens zaczął używać nazwiska Kamieniecki, dla podkreślenia znaczenia utworzonego tutaj rodowego gniazda. Rosnący w potęgę rycerski ród dobudował przedzamcze wschodnie oraz zachodnie wraz z czteroboczną basztą, mury otoczył fosą. Rolą baszty była ochrona drogi wiodącej do dziedzińca. W jej wnętrzu urządzono zbrojownię oraz więzienie. Na koniec wybudowano mur okalający dziedziniec wschodni. Ostatnim samowładnym kasztelanem był najsławniejszy spośród Kamienieckich – Mikołaj- kasztelan krakowski i sandomierski, starosta krakowski i sanocki, wojewoda krakowski i sandomierski, pierwszy dożywotni Hetman Wielki Koronny. Wspaniały to był rycerz i sławny wódz. Mimo najwyższych stanowisk jakie piastował, był człowiekiem lubianym, towarzyskim, uprzejmym oraz dowcipnym. Jednak w sprawach wojskowych niezwykle stanowczym i bezwzględnym. W Roku Pańskim 1506 wkroczył do Mołdawii i pokonał pod Czerniowcami mołdawską armię. Gdy w1509 roku Mołdawianie spustoszyli Podole oraz Ruś, wyruszył pan Mikołaj na czele koronnych wojsk, jednak Wołosi wycofali się do Mołdawii na samą wieść o zbliżaniu się jego wojsk . Poprowadził więc Hetman z karną ekspedycję, by  pod Suczawą pokonać  hospodara Bohdana. Wycofujące się z Mołdawii oddziały zostały zaatakowane podczas przeprawy przez Dniestr. Na własną zgubę uczynili Wołosi tę zasadzkę, albowiem rycerstwo polskie rozgromiło zastępy hospodara.. Wrócił z wyprawy pan Mikołaj w wielkiej sławie, z potężnymi łupami i ogromna ilością jeńców a sława jego całą Rzeczypospolitą obiegła. Trzy lata później pod Łopusznem, stojąc na czele zaledwie pięciu tysięcy konnych, wyciął w pień dwudziesto cztero tysięczną tatarską ordę. Dzięki temu zwycięstwu kilkanaście tysięcy wziętych w jasyr ludzi odzyskało wolność.  Był wielkim zausznikiem Króla Zygmunta zwanego Starym. Pomarł w trakcie szerzącej się zarazy. Po jego śmierci zamek został podzielony między Michała i Klemensa.



                 Różniste mody panowały w magnackich rezydencjach za czasów jagiellońskiej dynastii. Szanujący się możnowładca, a Kamienieccy zaiste do takich należeli, trzymał na swoim dworze przedziwne towarzystwo, zarówno dla rozrywki jak i dla splendoru. A to lutnistów lub innych muzykantów, trefnisiów, błaznów  albo i też malutkich ludzi karłami nazywanych. Takim defektem wrodzonym, czyli karłowatością, dotknięta była pewna wykształcona szlachcianka o imieniu Katarzyna. Jako, że ubogiego rodu była, jedyne co dobrego mogło ja spotkać, to oddanie się na służbę na jakowyś magnacki dwór. Tak to karlica Kasia trafiła do odrzykońskiej siedziby Kamienieckich. Pewnie by tam dni swoich dożyła, albowiem dobrze jej było u boku Jaśnie Wielmożnej Pani Barbary Kamienieckiej. Niestety dnia pewnego do Odrzykonia zawitała królowa Bona i zobaczywszy malutką Kasię, zapragnęła ją mieć w swoim orszaku. Niestety pan Kamieniecki nie śmiał odmówić królowej i trafiło dziewczę na wawelski zamek. Tam z woli nowej pani poślubiła karła Kornela. Jako, że moda na karłów panowała wtedy w całej Europie, podarowała królowa Kasię i Kornela Karolowi Piątemu. Tak to odrzykońska karlica trafiła na Hiszpański dwór. Mimo iż niczego z materialnych rzeczy jej nie brakowało, tęskniło dziewczę za rodzinnymi stronami, jednak w dalekim kraju żywota dokonała. Zanim  wieść o śmierci Kasi dotarła na kamieniecki zamek, dziwna rzecz się zdarzyła. Pani wojewodzina Barbara, grzejąc się przy kominku ujrzała postać karlicy. Myślała, że dziewczyna zwolniona ze służby w dalekich krajach do domu wróciła, jednak po chwili obraz Kasi rozpłynął się. Kilka dni później dotarł list zawiadamiający o śmierci dwórki w dalekiej Hiszpanii. Duch karlicy nadal błąka się wśród ruin zamczyska, czasem nocą księżycową na murach postać dziewczyny bywa widywana a i w czasie burzy nie raz w blasku błyskawic nie jeden małą szlachciankę widział. Bywało, że i ja będąc gościem kustosza muzeum zamkowego, Wielmożnego Pana Andrzeja Kołdera, gdy w zacnym towarzystwie, przy dzbanie węgierskiego wina dysputy o sprawach dawnych a jakże istotnych do późnej nocy się przeciągały, przemykającą postać karlicy miałem sposobność na zamkowym dziedzińcu ujrzeć. Niestety, inni biesiadnicy kłam moim spostrzeżeniom zadawali, twierdząc, że to cień pana Skarbnika Stowarzyszenia Portius, mecenasa Marcina Pięty, który dla rozprostowania kości od stołu odszedł i dyskretnie w ustronne miejsce się udawał.



Zostawmy w spokoju duszę dziewczęcia i powróćmy do historii odrzykońskich ruin, w czasy gdy zamczysko dumnie i w dobrym stanie okolicy strzegło.
                          Dnia 12 miesiąca marca Roku Pańskiego 1528, hetman polny koronny Marcin Kamieniecki podjął gościną na zamku króla Węgier Jana Zapolye, który po zatargach ze stronnictwem magnackim pragnącym osadzić na węgierskim tronie Habsburga, musiał uciekać do Polski. Król wysyłał z Odrzykonia listy do polskich magnatów z prośbą o pomoc w odzyskaniu tronu.
Rok 1530, to kres panowania Kamienieckich na zamku dolnym. Podpisana w Krakowie umowa między kasztelanem sanockim Klemensem Kamienieckim a kasztelanem bieckim, rabsztyńskim, żupnikiem królewskim, głównym bankierem króla Zygmunta Pierwszego, Sewerynem Bonerem, przyznawała zamek dolny czyli korczyński we władanie rodu Bonerów. Pan Seweryn nową modą zamek korczyński na pyszną renesansową rezydencję przebudował, fundując przy okazji nową kaplicę. Zamek górny nadal w rękach Kamienieckich pozostał i swe gotyckie walory zachował. W roku 1593 Bonerowie wymarli i własność ich części  przeszła na spokrewnionych po kądzieli Firlejów, osiem lat później Kamienieccy sprzedali zamek górny Skotnickim. Zanim jednak zbyli swoją część zamku, przeszli na socynianizm czyli jeden z odłamów reformacji. Zbezcześcili kaplicę zamkową i utworzyli z górnego zamku siedzibę ariańską. Wielkie to wywołało zgorszenie wśród okolicznej szlachty jak i wśród prostego ludu, którzy obecności kacerzy i odszczepieńców w starej warowni znieść nie mogli. Wtedy gościem Kamienieckich bywał Faust Socyn, ideowy przywódca ariański, jeden z największych teologów reformacji w tamtych czasach.


 Jan Skotnicki po przejęciu obiektu przystąpił do przebudowy. Z niedalekiego Krosna sprowadził rzemieślników biegłych w sztuce murarskiej, którzy przebudowali schody pomiędzy zamkiem wysokim a niskim, w ceglaną posadzkę wyposażyli strychy. Wzniesli pięć kominów a w wieży zbudowali ganek i otynkowali mury. Kaplicę zbezczeszczoną przez innowierców odnowiono i w 1621 roku biskup przemyski Jan Ważyk dokonał aktu poświęcenia. Ślady tej przebudowy w postaci ceglanych murów przetrwały do naszych czasów.
                    Okres rezydencji Skotnickich i Firlejów to wieczne spory i sądowe procesy. Dzięki tym szacownym rodom odrzykońsko korczyńskie zamczysko zaistniało na deskach wielu teatrów. A wszystko to za sprawą dziewiętnastowiecznego właściciela korczyńskiej części warowni, Aleksandra hrabiego Fredry, czołowego polskiego komediopisarza tamtych czasów, który wertując archiwa natrafił na ślady ciągnących się przez dziesięciolecia sąsiedzkich waśni i opierając się na tych znaleziskach napisał „Zemstę”.
Wszystko zaczęło się od wspólnej studni, z której oba rody miały korzystać. W późniejszych czasach waśnie narastały i dotyczyły wszelkich możliwych problemów wynikających ze wspólnego sąsiedztwa. Gospodarze obu części tej szacownej budowli odprowadzali wody opadowe nie tam, gdzie sąsiad sobie życzył, to znów wycinali sobie wzajemnie sady i winnice umiejscowione na stokach zamkowej góry. Pretekstem do swarów było wszystko, czy to kaplica, czy mur graniczny. Kto był winien? Nieistotne. Ważne, że latami dawali wszelkim jurystom zarabiać na chleb powszedni. Wyroki sądów i tak pozostawały na papierze a sporów nawet nie przerwał ślub przedstawicieli obu rodów czyli Zofii Skotnickiej z Mikołajem Firlejem.. Tutaj widzimy drobną nieścisłość w sztuce Fredry, który ślubem Klary z Wacławem spór zakończył. W oryginale tak pięknie nie było, pomijając już fakt że pierwowzór Wacława - Mikołaj Firlej, był pięćdziesięcioletnim ramolem a nie młodym paniczem, to sąsiedzkie awantury trwały jeszcze trzydzieści siedem lat
Wraz z wstąpieniem na tron polski Stefana Batorego przybył z królem jego dworzanin, oficer huzarów a zarazem największy poeta węgierskiego renesansu Balint Balassi. Magnat ten posiadł rozległe dobra na górnych Węgrzech czyli na terenach dzisiejszej Słowacji oraz w Małopolsce. Był częstym gościem w Rymanowie, Żmigrodzie, w pod tarnowskim Dębnie oraz Krośnie. Przez pewien czas rezydował również na zamku kamienieckim. Jego pobyt w warowni upamiętniło Stowarzyszenie Portius w Krośnie tablicą pamiątkową dłuta Macieja Syrka umieszczoną na ścianie muzeum zamkowego.


                         Kamieniec swą nazwę zawdzięcza skałom karpackim, które na tym oraz innych okolicznych wzgórzach Pogórza Dynowskiego wyrastają z górotworu, niczym skamieniałe ludzkie postacie. Sam zamek zakotwiczony jest na takich skałach a wokół, w lasach roi się od nagich piaskowców i legend z nimi związanych. Co raz to przemądrzali geologowie snują opowieści o osadach sprzed milionów lat, które w wyniku ścierania się płyt tektonicznych, czy też innych masywów, wypiętrzyły się, wywracały i utworzyły Karpaty a więc i nasze Pogórze. Bzdury to jakoweś są i mało kto rozsądny w te bajki panów inżynierów wierzy. Pewnikiem sobie kpiny z prostych ludzi urządzają. Wystarczy kogoś starszego zapytać, co to już więcej lat ma za sobą niźli przed sobą, aby prawdę o powstaniu tych skał usłyszeć. Niestety prawd tych już kila słyszałem i każda do drugiej podobna, ale całkiem inna.
Będąc ledwie podrostkiem, kiedy z resztą dzieciarni z naszej ulicy pod zamek przydrałowałem, usiedliśmy nad rowem u podnóża warowni. Człowiek, który na łące owieczek pilnował, nie mając zapewne niczego więcej do roboty, taką oto opowieść przytoczył:
Dawno, dawno temu, jak jeszcze w zamku życie tętniło a mury jego pod niebo wysokie były, Kamieńcem kasztelan zarządzał, który trzy córki przecudnej urody posiadał. Były tak piękne jako te kwiaty na łąkach, co z nastaniem maja kwitną, a dorodne niczym kiście owoców winnej latorośli z zamkowej winnicy. Panny dziwnym trafem do kądzieli ani krosien nijakiego zamiłowania nie miały, jeno im łowy na wszelakiego zwierza w głowach były. Każdą chwilę w lesie spędzały, to sidła na piżmaki przy stawach zakładały, to znów z łukiem na kozły zasiadki czyniły albo i głuszca w czasie godów podchodziły. Często też z panem rodzicielem swoim na grubego zwierza polowały. Wielu synów znakomitych rodów o ręce kasztelanek się starało, jednak panny na zniewieściałych paniczów, co zagraniczną modą pachnidłami się skrapiali, francuskie rajtuzy i bufiaste pludry niczym klowni jakowyś nosili, ani to patrzeć nie chciały. O kawalerach takich marzyły, co to im w łowach na grubego zwierza towarzyszyć by chcieli oraz wojenne rzemiosło starym obyczajem uprawiali a ponad francuskie berbeluchy najprzedniejsze węgrzyny do wieczerzy pijać skorzy by byli. A lata mijały…
No tak, ale co się odwlecze to nie uciecze. Nastał tedy taki dzionek piękny, przez skowronki radośnie ogłoszony świtaniem samym. Panny do łowów zbierać się poczęły, gdy stary postrzegacz, co na murach tego ranka służbę pełnił i okolicę przepatrywał, zakrzyknął w kierunku dziedzińca, że gościńcem od Krosna trzech jeźdźców na białych koniach się zbliża. Z daleka widać było, że nie byle kto ku zamkowi zmierza. Pióropusze, ze strusich, czy też pawich piór, jakie tylko pasowani rycerze na szyszakach nosili, powiewały nad głowami przybyszów a blask jakiś dziwny od odzienia ich bił. Dopiero gdy bliżej pod mury podjechali i ku bramie zdążali, rozpoznać było można srebrzyste pancerze na piersiach rycerzy. Na tarczach wszyscy trzej jednaki klejnot mieli, jako, że to trzech braci było. Wszyscy piękni i dorodni jako te dęby co na polanie nieopodal zamku rosły, gdzie panny na dziki zasiadki często sprawiały. Młodzieńcy od razu pannom do gustu przypadli i wnet pan kasztelan wszystkich godnych sąsiadów na zaręczyny sprosił. Uczta była tak wielka, jakiej stara warownia w swoich dziejach nigdy nie zaznała. Niestety co piękne to zawsze popsuć wnet się musi, Gdy tylko muzykanci grać przestali a szlachta cały zapas węgierskiego wina opróżniła, co to go pan kasztelan z dalekiego Tokaju przez kupców krośnieńskich sprowadził, do bram zamkowych posłaniec pana starosty sanockiego kołatać nerwowo począł i drzeć się w niebogłosy by go wpuścić i przed oblicze kasztelana prowadzić. Umyślny ten pismo przywiózł, że Jego Królewska Wysokość rycerstwo zwołuje, jako że z krain ościennych postrzegacze donoszą iż nieprzyjazny sąsiad siły zbiera, aby na Rzeczypospolitą uderzyć. Chorągiew pod którą trzej rycerze służyli, pod Sanokiem zebrać się miała, by w trzy niedziele później ku Krakowowi ruszyć, gdzie cała potęga Rzeczypospolitej zjeżdżała, skąd ku nieprzyjaciołom pod buławami hetmańskimi wyruszyć miała. Jak stary obyczaj nakazywał, kawalerowie poprosili o utkanie koszul lnianych, haftem zdobionych, by je na wojennej wyprawie pod pancerzami nosić. Każda panna własnoręcznie taką koszulę dla swojego lubego utkać i wyhaftować powinna. Pojechali rycerze stawić się na przegląd chorągwi do pana starosty a jadąc na trzecią niedzielę ku Krakowowi, po obiecane przyodziewki wstąpić mieli. Jako że trzy niedziele to dla dziewek młodych czas odległy, to zamiast od razu do krosien siadać, dalej do zabaw wszelakich i łowów na zwierza dzikiego ruszyły. Napominał ojciec strapiony córki swoje a matka rodzona włosy z głowy rwała. Nic to nie dało, muzyka i leśne gonitwy każdy dzionek pannom wypełniały. Aż zbliżał się termin przemarszu wojsk. Co rusz a gościńcem piesi łucznicy maszerowali, jako że wczas wyjść musieli, bo droga pod Wawel daleka. To znów tabory z wszelkim sprzętem jechały. Panny widząc, że już późno i lada moment rycerze po obiecane koszule zajadą do krosien siadły i za robotę ostro się wzięły. Jako że nie nawykłe do takich prac były, wprawy nijakiej nie posiadały, to i robota się ślimaczyła. Sobota już ku końcowi się zbliżała a koszule gotowe nie były, kurant w komnacie zamkowej północ wybijał a panny przy krosnach. Nie zwracały uwagi na to, że dzień święty się zaczął. Jak tylko skowronek ze snu się zerwał pobiegły na wschodnią stronę góry zamkowej, by szybciej promienie słoneczne uchwycić i pracę dokończyć. Tam dzień ich zastał przy robocie. Pobożni kmiecie do kościoła zmierzający, ze zgorszeniem na ten grzech dziewek patrzyli. Wtem dzwon z kościelnej wieży się odezwał. Wtedy trzy prządki w ogromne twarde skały się zmieniły i po dziś dzień stoją na wschód od zamczyska, ku przestrodze, by wszyscy w okolicy pamiętali, że dzień święty święcić należy.


Inne też wersje opowieści o skałach onych lud powtarzał i pewnie powtarzać będzie. Choćby o tym, że to czarownik chcąc dziewki przed straszną śmiercią z rąk zbójów okrutnym uchronić w te głazy je przemienił. No ale wróćmy do losów zamczyska na pożółkłych kartach przez skrybów opisanych, a bajaniom ludowym spokój na chwilę dajmy.
              Książę Jerzy II Rakoczy z dalekiego Siedmiogrodu, gdy sprzymierzył się z królem Karolem Gustawem, zebrał znaczną armię i jął południe Polski pustoszyć. Powiadomiony o najeździe Jan Firlej wezwał sąsiadów w osobach wielmożnych panów: Kalińskiego – podczaszego sanockiego, Kułaczkowskiego, Leoniewskiego, Stroińskiego oraz wielu drobnej szlachty . Obrońcy na murach umieścili jedną śmigownicę i hakownic dziesięć, muszkietów oporządzili wiele, kul ołowianych naszykowali, prochu czarnego do rogów nasypali. Wielkim męstwem obrońcy się wsławili, a załoga oblężonego Krosna widząc z murów, że nad zamkiem co rusz to rozbłyski widać, raźniej miasta broniła. Nocą obrońcy wycieczki za mury zamkowe urządzali i wielkie spustoszenie w obozie wroga czynili. Pomimo heroicznych wyczynów obrońców, w końcu twierdza padła a załoga została wycięta w pień.


             Według opowieści prostego ludu bohaterscy rycerze ocaleli, bo zbiegli tajemnym tunelem wiodącym wprost do franciszkańskiego klasztoru w Krośnie. Inni znowu bajali, że tunel ten do samej góry Cergowej prowadził a wyjście z niego przez jedną z istniejących tam jaskiń wiodło. Ponoć nad wejściem do owej pieczary herb Kamienieckich czyli Pilawa był wyryty. Niestety kamień z herbem oberwał się i teraz nikt nie wie która to jaskinia. Oj żeby to była prawda i tunele te można by było odnaleźć… Mielibyśmy na ziemi krośnieńskiej najstarsze metro i nawet okazalsze od warszawskiego. Niestety, szukali ludziska choćby śladu owych tuneli i nikomu niczego znaleźć się nie udało.
             Od najazdu Rakoczego zaczął się powolny upadek , wprawdzie poczyniono niezbędne remonty, jednak już nie odzyskał dawnej świetności. Murów nie odbudowano ponieważ rozwój artylerii sprawił, że nie miało to większego sensu, po prostu czas świetności średniowiecznych warowni bezpowrotnie minął. Po roku1730 Kamieniec  odziedziczyła rodzina Scipio del Campo. Następnymi właścicielami zostali Braniccy herbu Gryf. Znanym przedstawicielem tego rodu był hetman wielki Jan Klemns Branicki. Po Branickich właścicielami zamczyska zostali Jabłonowcy. Kiedy w roku 1796 ogromna wichura zerwała dach z zamku górnego powiadali ludzie, że to dusza zmarłej wtenczas Katarzyny Drugiej z wielkim hukiem do piekła wędrowała. Niemniej jednak od tego czasu zamek został pozbawiony gospodarzy. Jabłonowscy przenieśli się do dworu w Krościenku Wyżnym a wiekowe mury popadały w coraz to większą ruinę. Podczas konfederacji barskiej na zamku rezydowały oddziały konfederatów i stąd atakowali carskie wojska w okolicy Krosna. W roku 1801 Potoccy przejęli zamek jednak nie podjęli się jego odbudowy.
              Nastał Rok Pański 1831. Wtedy to na zamku zamieszkał nowy gospodarz. Przechadzał się dumnie po dziedzińcu z bukietem polnych kwiatów, na głowie niczym królewską koronę dźwigał okazały wieniec z maków i dzikich róż. Czasem stawał na podwyższeniu i wygłaszał rozprawy historyczne. Tytułować się kazał królem zamczyska a w korespondencji podpisywał się jako Rożysław hrabia Potocki. Był to Jan Machnicki a właściwie Machnik, tylko że nazwisko zmienił, by szlachetniej brzmiało. Pochodził z chłopskiej rodziny z podkrośnieńskich Białobrzeg. W Krośnie ukończył kilka klas i pracował jako austriacki urzędnik w dukielskim cyrkule. Człek to był oczytany i bardzo wrażliwy. Nastawiony patriotycznie, liczył na powstanie listopadowe i odzyskanie niepodległości. Upadek powstania wstrząsną nim do tego stopnia, że powoli popadał w obłęd i gdy choroba się nasiliła, zwierzchnicy wyrzucili go z pracy. Zamieszkał wtedy w opuszczonych ruinach i stworzył tam swoje królestwo. Znosił do jednej z zamkowych komnat wszelkie znajdowane w ruinach pamiątki i stworzył tam swoiste muzeum. Zimą zaglądał do chłopskich domostw aby się ogrzać. Ludzie go nie przepędzali, dali ciepłej zupy, kawałek chleba. I tak sobie egzystował w swoim królestwie. Takim go zastał popularny w owym czasie poeta Seweryn Goszczyński, gdy zwiedzał ruiny zamkowe będąc gościem hrabiego Jabłonowskiego w Krościenku Wyżnym. Postać Machnickiego zainspirowała poetę i stała się kanwą słynnego dzieła traktującego o upadku Rzeczypospolitej zatytułowanego „Król Zamczyska” W 1842 roku Jego Krolewska Wysokość Jan Machnicki vel Rożysław hrabia Potocki zmarł w Krośnie i prawdopodobnie został pochowany na starym cmentarzu.
W dziewiętnastym wieku zamek   był własnością wielu rodów.  Ostatecznie Biberstein-Starowiejscy przejęli zamek górny a zamek dolny Szeptyccy i władali ruinami do roku 1945.  W setną rocznicę Insurekcji Kościuszkowskiej  ufundowali mieszkańcy ziemi krośnieńskiej pomnik Tadeusza Kościuszki postawiony na zamku górnym. Obecnie przez środek ruin przechodzi granica gmin Wojaszówka oraz Korczyna a od 1998 roku dwudziestoletnią dzierżawę uzyskał Jaśnie Wielmożny Pan Andrzej Kołder zwany przez przyjaciół Burgrabią Kamienieckim, człek niezwykle zaangażowany w odbudowę zamczyska, znany kolekcjoner starych pamiątek, kustosz zamkowego muzeum. Pan Andrzej ponadto z kompletnej ruiny podźwignął siedemnastowieczny dwór w Kopytowej. Jako działacz Stowarzyszenia Portius kultywuje tradycje współpracy polsko węgierskiej, współorganizuje coroczny festiwal wina im Roberta Portiusa a nade wszystko słynie w całym Euroregionie Karpaty jako wybitny znawca kulinariów i smakosz nie mający równych w całym regionie. Tylko on potrafi godzinami opowiadać, gdzie można na popas stanąć, jaka restauracja najlepsze dania serwuje, który masarz najprzedniejsze kaszanki tudzież pasztety wyrabia.


                 Kiedyś na dziedzińcu zamkowym wystawiano „Zemstę” Aleksandra hrabiego Fredry. Warto by do tych chlubnych tradycji powrócić. Tchnęło by to życie w stare mury a krośnieńscy notable tudzież inni celebryci mogli by na deskach zamkowego teatru zaistnieć i walory swoje przyszłym wyborcom godnie okazać. Rolę Milczka powierzyłbym Piotrowi Przytockiemu, idealnym Papkinem byłby Bronisław Baran, wspaniałym Raptusiewiczem będzie pan radny Kolanko. W szaty Wacława odziałbym Arkadiusza Oponia a Klarę uczyniłbym z Anny Dubiel.
               Ogień w kominku dogasa a i wina w kieliszku ledwie na dnie zostało. Czas zakończyć ten spacer po czasach świetności i upadku naszego zamczyska. Wiatr za oknem ucichł i niebo gwiaździste zapowiada na jutro piękną pogodę. Zaprasza zatem na kolejny spacer po meandrach naszej historii. Jeszcze wielu miejsc nie odwiedziliśmy a warto.
 

 
  stronę odwiedziło już 33032 odwiedzający (74459 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=