Tadeusz Gajewski
  Spacer po Krośnie „Gdziekolwiek będziesz, cokolwiek się stanie, będą miejsca w książkach i miejsca przy stole…”
 

Spacer po Krośnie

„Zielone skrzypce”

Idę łąką upstrzoną błękitem,
tym dywanem z bławatów,
świerszczy słucham z zachwytem,
zagubionych wśród kwiatów.

Ukojenia błogiego doznałem
i rozpiera mnie pycha,
bo zielone skrzypce ujrzałem -
opisane przez Zycha.

To Ty je pierwszy spotkałeś
w korczyńskiej miedzy, Janie,
i w swoim wierszu skłamałeś,
że nie natknąłeś się na nie.

Te skrzypce spać mi nie dają,
bo prawdę odkryły okrutną.
Ty wiesz jakie metrum grają,
kiedy poecie jest smutno.

( Tadeusz Gajewski)

„Gdziekolwiek będziesz, cokolwiek się stanie,
będą miejsca w książkach i miejsca przy stole…”

 

Późny wieczór, ulice wymarłe , oświetlone mdłym światłem latarń. Skwer na rogu ulic Wojska polskiego i Powstańców Warszawskich nabiera swoistego mistycyzmu. Drzewa zdają się tańczyć poruszane delikatnym podmuchem, kładąc falujące cienie na zastygłe w bezruchu ławeczki. Pomimo tego, że to koniec października, noc zapowiada się ciepła za sprawą południowego wiatru, leniwie ciągnącego od Przełęczy Dukielskiej. Wypada usiąść na chwilkę w tej „świątyni dumania”. Z oddali słychać urywające się, ginące w nocnej ciszy słowa. Zaczynam wsłuchiwać się intensywnie, aby uchwycić melodię oraz tekst dobiegającej z głębi ulicy piosenki. Niestety, nie wszystko udaje mi się złapać, rozpoznaję pojedyncze, pourywane fragmenty: „Tutaj żadnej pory roku oprócz zimy nie ma… Obcy mur z obcym murem graniczy…” W myślach dopowiadam wydobyte z mojej pamięci słowa: „ O miasto ucieczko grzesznych!

 

Przecież to wiersz Jana Zycha „Kantata” śpiewany przez Marka Grechutę. Wytężając słuch do bólu odbieram kolejne, upewniające mnie w tym stwierdzeniu sekwencje tekstu: „A oni tam zboże sieją, senne siano się zwozi w sienie otwarte na oścież.Tam lato ze złotym berłem przechodzi. Jeszcze z daleka, z całego królestwa świeci mi ostatnie jabłko na jabłoni.”

Jan Zych… Wielki zapomniany. Kilkadziesiąt lat temu przemierzał krośnieńskie ulice idąc z domu rodzinnego w korczyńskich Łazach do krośnieńskiego liceum, by później wyruszyć w świat, do wielkiego Krakowa i dalej do Meksyku. Jak brakło mu w zgiełku industrialnego molocha jego świerszczy grających na zielonych skrzypcach, zrozumiał to, czego współcześni migranci z wiosek i małomiasteczkowych środowisk nie potrafią zrozumieć, zapatrzeni w pusty blichtr metropolitarnych świecidełek, współczesnych szklanych paciorków, namiastek prawdziwego szczęścia… No i „Śniły mu się konie bez ziemi, śniły mu się ptaki bez nieba”.
Zadumałem się trochę, jednak jeszcze zdołałem usłyszeć ostatnie strofy śpiewane wspaniałym głosem Marka Grechuty „I to niech będzie spowiedź. Ale bez rozgrzeszenia. Nie chcę, by okradano mnie z mojego życia.”


 

Jan Zych

Wybierzmy się na wędrówkę, aby wysłuchać tej spowiedzi o fascynującym życiu i twórczości „Pana na Korczynie”, jak nazywali Jana Zycha członkowie założonej przez Jerzego Harasymowicza grupy poetyckiej „Muszyna”, do której należał razem z takimi poetami jak m. in. Tadeusz Śliwiak, Tadeusz Nowak, Stanisław Grochowiak.
Opuśćmy krośnieńskie mury i pospacerujmy korczyńskimi miedzami, wśród żyznych pól w stronę przysiółka Łazy. Tymi ścieżkami pod koniec lat czterdziestych wracał codziennie z krośnieńskiego liceum młody, dobrze zapowiadający się poeta, by w rodzinnym drewnianym domu, przy lampie naftowej czytać przed zaśnięciem Wergiliusza i pani Konopnickiej wiersze, jak to później opisał w jednym z najbardziej znanych wierszy „Kiedy przyjeżdżam” , który poświęcił lampie naftowej oraz osobie jej wynalazcy, Ignacemu Łukasiewiczowi. „To dobra lampa”- pisał poeta.
Drałujmy jednak dalej wśród szachownicy korczyńskich łąk, przejdźmy przez Rynek i przy cmentarzu skręciwszy w lewo udajmy się w kierunku Komborni. W pobliżu przystanku autobusowego należy znowu odbić w lewo i poczłapać w stronę „wiatracznego wzgórza”. W pewnym oddaleniu od reszty zabudowań przysiółka stał dom Anieli i Józefa , w którym w roku 1931 przyszedł na świat ich pierworodny, pierwszy z ośmiorga dzieci małżeństwa Zychów. Na chrzcie dano mu imię Jan. Był to chłopiec wyjątkowy, całkowicie różnił się od reszty wiejskiej dzieciarni. Nie strzelał z procy do ptaków, nie wdawał się w bójki z rówieśnikami. Wsłuchany w muzykę otaczającej go przyrody wrastał w nią całą swoją duszą. Na wzgórzu nieopodal domu stał należący do rodziny wiatrak, tam cierpliwie oczekiwał podmuchów południowego, ciągnącego od Dukielskiej Przełęczy wiatru, by cieszyć się ruchem wiatracznych skrzydeł. Jego dzieciństwo mimo ewidentnej materialnej biedy było bogactwem przeżyć duchowych. Poznawał otaczający go świat namiętnie poszukując baśniowych zielonych skrzypiec, na których według relacji jego matki grały świerszcze w letnie wieczory. Po latach właśnie z takimi skrzypcami uwiecznił Jana Zycha w karykaturze wyśmienity krośnieński artysta malarz Stanisław Kochanek.

„Zielone skrzypce” stały się kanwą oraz tytułem zarówno wiersza w którym opisuje swoje dzieciństwo jak i debiutanckiego tomiku, który przyniósł mu sławę oraz uznanie krytyki. Zanim jednak Jaś dostąpił wrót Parnasu pobierał pierwsze nauki w korczyńskiej szkole podstawowej, by po jej ukończeniu zasiąść w ławie krośnieńskiego liceum. Jako, że największą pasją jego życia były książki, do Krosna chodził piechotą. Wszak za równowartość kilku biletów autobusowych mógł się regularnie wzbogacać o kolejny namiętnie zbierany tom. Na jego twórczość oprócz miłych wspomnień dzieciństwa ogromny wpływ miały również tragiczne doznania, których los nie oszczędził mu jako dziecku wzrastającemu w czasie wojny. Bardzo przeżył śmierć swojego żydowskiego rówieśnika, wydanego Niemcom przez sąsiada- szmalcownika:

„To było
W czterdziestym drugim.
Lecz ja do dziś omijam
twój dom,
gdzie muzyka wesoło huczała
i nocą
świeciły lampki wina.
Do dziś twój dom omijam.
Bo tam na stole stała
krew przemieniona w wino”

Wiersz „O Urszulce spalonej”, poświęcony żydowskim dzieciom wywiezionym do Oświęcimia również napisał wspominając konkretną, znaną mu dziewczynkę, wydaną na niechybną śmierć:

„…inne już niebo i ziemia inna
i salwa pod murem nie błyska.
i tylko ojciec, gdy Urszulkę wspomina,
pięści zaciska”

Kolejnym tragicznym doznaniem, opisanym później w wierszu „Pokój” była śmierć szkolnego kolegi Stanisława Kustronia. Było to na krośnieńskim Rynku podczas wiecu z okazji zakończenia wojny. Z jakiegoś powodu Jan zamienił się ze Stanisławem miejscami. Chwilę później jedna z wystrzelonych na wiwat kul utkwiła pod obojczykiem jego kolegi…
Z kolei w „Elegii łemkowskiej” pochyla się nad ofiarami „Akcji Wisła”, sąsiadami z pobliskich wsi, którzy od wieków współżyli w tych stronach z Polakami tworząc bogactwo kulturalne Pogórza. Ich jedyną winą było ruskie pochodzenie oraz prawosławna religia. Ukazuje bezwzględne traktowanie pozostałych po wypędzonych Łemkach cerkwiach, nocami rąbanych siekierami, bezdusznie niszczonych przez niedawnych sąsiadów:

„Wilcze tropy dookoła, dzików ślad,
a po cerkwiach chodzi deszcz i wiatr,
lecz nie żegna się po trzykroć i nie modli -
i smutni są święci i bardzo samotni.”
……………………………………

„Piękna okolica. Zielenią się drzewa.
Czasem wóz zaskrzypi nocą, znajomo zaśpiewa,
a potem błyskają siekiery, topory,
i lecą anioły, i trzeszczą ikony.
Wełyki Hospody Boże!”

 

Czas nauki w krośnieńskim „Koperniku” to zawiązane na cale życie przyjaźnie, pierwsza nieszczęśliwa miłość i pierwsze próby poetyckie. „Każda ścieżka w miasteczku tym- temat do wiersza. Tam wyrósł pierwszy dźwięczny rym i miłość pierwsza”. Po zdaniu matury wyruszył do Krakowa, by na Uniwersytecie Jagiellońskim studiować filologię polską oraz południowosłowiańską. Tam dostał się pod skrzydła pochodzącego z Komborni światowej sławy historyka literatury, profesora Stanisława Pigonia. Profesor pamiętając własną młodość i trudy jakie musiał pokonać, aby będąc chłopskim synem zdobyć wykształcenie, starał się wspierać na różne sposoby ubogich studentów pochodzących z jego rodzinnych stron.
Niespotykane wprost zdolności lingwistyczne w połączeniu z przysłowiowym korczyńskim chłopskim uporem, zaowocowały tym, że w krótkim czasie perfekcyjnie opanował wiele języków obcych, w tym niemal wszystkie słowiańskie. Zaprzyjaźnił się z wieloma południowosłowiańskimi poetami, których wiersze tłumaczył na język polski. Mawiał, że tłumaczenie poezji to ofiarowanie przyjaźni, bez tego byłby tylko beznamiętny przekład. Czasy studenckie oprócz intensywnej nauki, to czas wielkiej nieodwzajemnionej miłości do pięknej nauczycielki z Komborni. Wracając na wakacyjny odpoczynek do domu, godzinami snuł się po polach i łąkach przeżywając duchowe katusze.

”Ktoś mruknął, że pijany jestem,
a ja po prostu byłem tylko sam
i przekrzyczeć próbowałem serce
żeby mi było weselej.

Ludzie szli, uśmiechali się do mnie,
a ja z tą piosenką w śniegu białej grzywie
w osiołka przemieniony cudownie –
czyli zakochany nieszczęśliwie”.

Po ukończeniu studiów związał się po kres swoich dni z Wydawnictwem Literackim. Pracując w wydawnictwie prowadził dział poezji. W miarę swoich możliwości starał się podróżować. Jego zagraniczne wojaże to swoiste peregrynacje po obcych kulturach, poznawanie wielu ludzi pióra, szlifowanie języków. Zawsze jednak znajdował czas aby powrócić w rodzinne strony, choć jak pisał w „Spojrzeniu za siebie”:

„Nigdy woda nie wraca do źródła
i ja w tamte lata nie wrócę,
gdzie u miedzy krowa wychudła
i obdarty pastuch przy nauce.”

Jednak tęsknota za podkarpacką przyrodą oraz ludźmi, których kochał, gnała go na ścieżki dzieciństwa. W Krośnie spotykał się ze swoimi przyjaciółmi z lat szkolnych: Kazimierzem Górawskim, Adolfem Marczakiem, Zenonem Zgrychem. Były to spotkania niezwykle burzliwe, przeciągające się do godzin rannych. W liceum Kopernika prowadził wykłady z literatury i urządzał wieczory poetyckie.
Malutkie mieszkanko na poddaszu domu Związku Literatów przy ulicy Krupniczej 20 w Krakowie było jego azylem. Pracował w nim namiętnie, aż dzwonki porannych tramwajów uświadamiały mu że pora na sen. Mało kiedy pamiętał o potrzebach bytowych, praca pochłaniała go do tego stopnia, że zapominał o potrzebie jedzenia. Do ubioru też nie przykładał wagi. Zamiast nowego ubrania zawsze wolał kupić nowe książki, które z trudem mieściły się w małym mieszkanku:

„Mały ten pokoik. Tu mieszkam z przedmiotami;
opisywać ich nie warto, bo mogę je zmienić.
Książkom ciasno. Ale radościom i smutkom przestronno.
Można by tu pomieścić muzykę na długie doliny.”

Tam przetłumaczył na język polski najważniejszych poetów bułgarskich, serbskich, czeskich, macedońskich. Tłumaczył również poezję i prozę hiszpańską, angielską, rosyjską i francuską.
Zafascynowanie takimi autorami jak Neruda czy Marquez sprawiło, że 1965 roku pojechał na stypendium do Meksyku aby studiować język hiszpański oraz literaturę iberoamerykańską i hiszpańską na Univcrsidad Nacional Autonoma de Mexico. Z Meksyku oprócz zdobytej wiedzy przywiózł nową pasję: iberystykę oraz pokaźną kolekcję płyt z muzyką południowoamerykańskich Indian. Jak opowiadał jego brat Stanisław, w tamtych czasach pracownik poszukiwań naftowych, muzyka indiańska zawsze rozbrzmiewała, gdy odwiedzał Jana w drodze z wiertni do domu. Nie pozwalał tych płyt nikomu dotykać. Osobiście z nabożną czcią opuszczał ramię adaptera na czarny krążek, uważając aby nie powstała najmniejsza ryska. Po studiach w Meksyku został wykładowcą języka hiszpańskiego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Następne lata to dzielenie czasu pomiędzy zajęcia uniwersyteckie a własną twórczość poetycką oraz przekłady. Znajdował również czas na spotkania z przyjaciółmi. W jego malutkim mieszkaniu bywali niemal wszyscy znani poeci, był to swoisty klub dyskusyjny skupiający środowisko związane z grupą „Muszyny”.


 

Jan Zych z córeczkami. Meksyk

Rok 1974 to ponowny wyjazd do Meksyku. Po dwóch latach powrócił z tytułem doktora oraz Celią Arnandes Estewes, swoją nową muzą, którą wkrótce poślubił w Krakowie. Joanna, ich pierwsza córka przyszła na świat w 1977 roku. Jesienią, wraz z żoną i malutką Joasią wyjechał na stale do Meksyku. Tam trzy lata później urodziła się Paulina. Początkowo wykładał literaturę polską, później skupił się na przekładach. Przetłumaczył na hiszpański Herberta, Różewicza, Szymborską, Miłosza. Na język polski tłumaczył prozę iberoamerykańską oraz poezję. Zajął również się metalorytnictwem. W jego pracach dominowały motywy indiańskich ikon. Tam dopadła go choroba, z którą z różnym skutkiem walczył przez wiele lat. Chemioterapie, operacje, przerzuty, krwotoki stały się nieodłącznym elementem ostatnich lat życia poety. Borykał się przy tym z ciągłymi problemami finansowymi, wszak z przekładów trudno było wyżyć a leczenie rujnowało rodzinny budżet. Cały ciężar utrzymania rodziny spoczął na Celii, która prowadziła prywatny gabinet psychologiczny. Nie załamywał się i do końca pracował mimo iż sił z dnia na dzień ubywało. Rok przed śmiercią przysłał do zamieszkałej w Krośnie siostry Bronisławy Pitery ostatni list: “Nie załamuję się, staram się pracować, choć męczę się szybciej niż dawniej. Wyszedł tomik Różewicza w moim przekładzie na hiszpański, wyjdzie niedługo duży tom wierszy Miłosza, a w Krakowie dwa lata temu wyszedł tom Octavio Paza “Labirynt samotności”, który leżał tam dziesięć lat, bo cenzura nie puszczała. To przekłady z polskiego i na polski.” W liście tym Jan wypytuje siostrę o pozostałe rodzeństwo i członków dalszej rodziny, prosi o zrelacjonowanie jak radzą sobie w nowej rzeczywistości po zmianie ustroju. Zmarł w Meksyku 23 sierpnia 1995 roku. Pozostawił po sobie olbrzymi dorobek literacki oraz translatorski. Przebywający w Meksyku prezydent Rzeczypospolitej Aleksander Kwaśniewski podczas oficjalnego przemówienia nazwał Jana Zycha najlepszym ambasadorem kultury polskiej na tamtym kontynencie, dzięki któremu meksykanie mogli poznać poezję naszych noblistów i innych czołowych polskich poetów. Dzisiaj tomiki jego wierszy są białymi krukami na rynku księgarskim. Nie sposób zdobyć wydanych w 1955 roku „Zielonych skrzypiec”, Wędrującej granicy” (l 961), „Układu serdecznego” (1965), „Pochwały kolibra” (1972), „Wyboru wierszy” (1975), „Blizn po świetle” (1978). Niestety, Wydawnictwo Literackie jakoś nie kwapi się ze wznowieniem tych pozycji. Wiele bym dał, aby chociaż „Zielone Skrzypce” były dostępne w krośnieńskich księgarniach, by krośnieńska młodzież zanim wyemigruje w daleki świat, mogła przeczytać co czuł korczyński poeta w obcym dalekim mieście i czym jest tęsknota za miejscami związanymi z dzieciństwem, jaką wartość mają korzenie, czym jest lokalny patriotyzm tak dziś wyśmiewany w zglobalizowanym, odartym z uczuć świecie. Żeby współczesne dzieci zaczęły rozumieć kwiaty i owoce, co sugeruje Zych w swoim wierszu „Gdybym Odszedł”. Żeby zastanowiły się zanim zaczną narzekać na wsiowość i małomiasteczkowość naszych stron patrząc z podziwem na daleki świat. Może zdołają zrozumieć, że tutaj jest co kochać i podziwiać.

Do domu
Tam jest wszystko piękniejsze.
I obłoki, i wiersze,
i tak rzeka, gdy płynie,

nawet w letnim poranku
białe chmurki rumianków
na polanie pod lasem.

A wieczorem - wieczorem
gwiazda błyska nad borem,
czas muzyki nastaje.

Skrzypiec dotknąć wystarczy:
wyjdzie księżyc, zatańczy,
dobry pasterz słowików.

Zostawiłem pod płotem
siedemnaście stokrotek;
muszę sprawdzić, czy kwitną.

Drobne kwiaty przy domu
niepotrzebne nikomu,
ale radość z nich pszczołom.

Ten wiersz daje ci w ręce
i nie pytaj mnie więcej,
po co wracam do domu.

Tak siedzę sobie nocą na tym skwerku na rogu ulic Powstańców Warszawskich i Wojska Polskiego. W bloku naprzeciw mieszka siostra Jana Zycha – Bronisława, kilkaset metrów stąd mieszka jego brat Stanisław, po drugiej stronie placu majaczy stary gmach Pierwszego Liceum im. Mikołaja Kopernika. Zastanawiam się jak mu leży się w tej meksykańskiej ziemi, gdzie ani brzezina mu nie zaszumi, ani świerszcz nie zagra na zielonych skrzypcach. Wiem że mu tęskno w te strony gdzie:

„Dojrzewają fioletowe śliwy,
rośnie milczenie i łopian,
gdzie na wzgórzu Chrystus frasobliwy
o pobrużdżonej twarzy chłopa.”

Zostawił po sobie ogromny dorobek, pozwolił nam poznać „Złą godzinę” Marqueza oraz poezję Pabla Nerudy, pozwolił wzruszyć się czytając poświęcony Łukasiewiczowi i lampie naftowej piękny wiersz. „Zapisał nam złota tyle, ile wiosną można zebrać z kaczeńców, po Komborni, po Korczynie”. A cóż my, mieszkańcy Krosna i Korczyny zrobiliśmy aby pamięć o nim nie zarosła głogiem niczym ścieżki w wierszu „W sprawie zapominania”

Są w jednym domu drewniane schody;
możesz je spalić,
muzyków upić winem i miodem,
żeby nie grali.

Możesz zaorać wąziutkie ścieżki
o zmierzchu siwym,
ażeby wyrósł łubin niebieski
albo pokrzywy.

Cały dom w pustkę przemienić możesz,
zasadzić głogi,
aby nie było o żadnej porze
powrotnej drogi.

Ale nie można odsunąć wspomnień
jak lampkę wina.
Ten co powtarza co dzień “zapomnę”,
nie zapomina.

Zielem zarosną ścieżki, lecz pamięć
- nie ma ratunku -
pamięć powróci tymi schodkami
do pocałunku.

Skoro nie stać nas mieszkańców tej ziemi na poświęcenie pamięci o tym wspaniałym człowieku choćby najmniejszej, nieutwardzonej uliczki, podczas gdy obcym poświęcamy oświetlone miejskie arterie, to zastanówmy się czy ten mały skwerek z którego widać jego liceum, do którego przez lata przemierzał pieszo dziewięć kilometrów w jedna stronę, nie nazwać Skwerem Jana Zycha. Nikt na tym niczego nie straci, nie trzeba zmieniać dokumentów, adresów, pieczątek, wszak przy skwerze nikt nie mieszka ani nie urzęduje, tylko ptaki przysiadają odpocząć. Kilka zdań tekstu i kilkusekundowe głosowanie radnych plus mała tabliczka zawieszona na drzewie. No bo gdzie się ma podziać duch Jana Zycha odwiedzający rodzinne strony, wszak rodzinny dom dawno temu został przebudowany i mieszkają w nim obcy ludzie, gdzieś zniknęła lampa naftowa przy której uczył się do późnej nocy, po wiatraku na wzgórzu nie zostało już śladu. Panie prezydencie Piotrze Przytocki, pani przewodnicząco komisji kultury Anno Dubiel, co powiecie na propozycję zychowskiego wieczoru poezji na Skwerze Jana Zycha w Krośnie?

„Gdziekolwiek będziesz, cokolwiek się stanie,
będą miejsca w książkach i miejsca przy stole,
kasztan, kiedy kwitnie lub owoc otwiera,
będą drzewa, ulice, ktoś nagle zawoła,
ktoś do drzwi zapuka i pamięć przyniesie
z kwiatem, z godziną, z kolorem,
wciąż będzie początek, bo wszędzie są mosty
prawdziwe jak powietrze ode mnie do ciebie,
gdziekowiek będę, cokolwiek się stanie.”

Janku, gdziekolwiek jesteś, nie pozwolę o tobie zapomnieć.

Tadeusz Gajewski

foto:  Łukasz Zajdel, arch.

 
  stronę odwiedziło już 32416 odwiedzający (73039 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=